wtorek, 23 sierpnia 2016

Douchromy od Makeup Geek

   Do tej recenzji zbierałam się bardzo długo. Sama nawet nie wiem czemu, bo jestem ogromną fanką produktów marki Makeup Geek i za każdym razem wypatruję nowości z mocniejszym biciem serca. Jednak ponieważ planuję niedługo post i pierwsze wrażenie cieni od Hani, które ostatnio wyszły na rynek, więc najpierw napiszę o MUG, aby je później porównać :)

Markę Makeup Geek poznałam już bardzo dawno, gdyż Marlena była jedną z pierwszych youtuberek, które oglądałam. Sama już straciłam rachubę, ale będzie to już jakieś około pięć lat. Szmat czasu… Jak tylko Marlena wypuściła swoją kolekcję cieni do powiek i umożliwiła międzynarodową przesyłkę, od razu zamówiłam sobie kilkanaście jej cieni. Nie zawiodłam się, wręcz przeciwnie, gdyż jakością dorównywały o wiele droższym cieniom marki MAC.

Marka MUG zaczęła rosnąć w siłę i wypuszczać coraz to nowsze perełki. Moją ulubioną kolekcją jest właśnie komplet duochromów, zarówno w wersji prasowanej, jak i sypkiej. Dzisiaj zajmę się przybliżeniem Wam cieni w wersji prasowanej.

Cała kolekcja składa się z 12 cieni. Cienie mają identyczny rozmiar jak wkłady z MAC’a, dzięki temu nie musimy kupować dodatkowej paletki, jeżeli mamy jakąś wolną z MAC’a. Cienie nie mają w swoim składzie ani talku, ani parabenów. Poza tym na stronie dowiadujemy się, że „All our shadows are cruelty-free - we do not test our products on animals”, co też jest dużym plusem.

Źródło: Temptalia


A teraz przedstawię Wam poszczególne kolory. Niestety zdjęcia robię telefonem, więc nie oddają magii tych cieni tak jak bym chciała. Ponieważ jestem też średniakiem w opisywaniu kolorów, oprócz swoich opisów podaję informację ze strony www.makeupgeek.com/shop.

I'm Peachless –  I’m Peachless has a buff base with peachy-pink reflects.
Niesamowity cień połyskujący na brzoskwiniowo-różowo, bardzo delikatny, z lekko beżową bazą. Nieco podobny do cienia Motif marki MAC.



Voltage – Voltage has a vanilla base with champagne-yellow reflects.
Cień, który bardzo często używam w wewnętrznym kąciku oka, ze względu na to, iż jest to bardzo jasny cień połyskujący na żółto. Może być stosowany również jako rozświetlacz.



Karma – Karma has a golden base with yellow-green reflects.
Również jasny cień, podobny trochę do Voltage, ale bardziej ciepły, mający w sobie refleksy żółte i zielone, z tym, że żółty odcień w tym cieniu dominuje. Cień nałożony na czarną bazę daje niesamowity efekt.



Mai Tai – Mai Tai has an apricot base with orchid reflects.
Bardzo intensywny różowy cień z refleksem brzoskwiniowo-fuksjowym. Na jasnej bazie mieni się bardziej na brzoskwiniowy róż, ale już na ciemnej, jest to zdecydowanie soczysta fuksja.



Rockstar – Pale silver with purple iridescence.
Jest to cień, który był już w regularnej sprzedaży i miałam go wcześniej w swojej kolekcji. Jest to jasne, satynowe srebrno opalizujące na fiołkowy róż.



Phantom – Phantom has a white base with violet purple reflects.
Przepiękny delikatny fioletowy odcień połączony z białą bazą, co powoduje, że pod jednym kątem sprawia wrażenie bardziej szaro-fiołkowego, a pod innym zdecydowanie bardziej przypomina intensywny jasną lavendę.



Blacklight – Blacklight has an electric purple base with icy blue reflects.
Jeden z moich faworytów. Piękny fioletowo- jasno- niebieski cień. Jest to zdecydowanie jedno z najbardziej obłędnych połączeń kolorów w całej kolekcji.



Secret Garden – Secret Garden has a deep espresso base with bright teal reflects.
Piękna, głęboka zieleń, taka butelkowa połączona z ogromną dawką turkusu oraz z bardzo ciemną brązową bazą, która jest słabo widoczna, ale nadaje cieniu mocnej głębi. Jeden z moich ulubieńców.



Typhoon – Typhoon has a deep teal base with green and gold reflects.
Typhoon jest połączeniem koloru zielonego, takiego butelkowego oraz żółtego złota, z ewidentną przewagą zieleni.



Havoc – Havoc has a warm red-brown base with teal reflects.
Havoc przypomina bardzo popularny pigment marki MAC Blue Brown oraz znany cień marki Urban Decay o nazwie Lounge. Różni się jedynie tym, że ma bardziej ciepło-brązową bazę, a więc bliżej mu do cienia UD.



Steampunk – Steampunk has a black base with rich copper reflects.
Mój absolutny faworyt z całej kolekcji, bardzo ciemny bordowo-brązowy cień z czarną bazą. Pięknie się prezentuje na powiece.



Ritzy – Ritzy has a warm red-brown base with green and gold reflects.
Ritzy jest bardzo podobny do cienia Havoc. Różni się od niego tym, że jest to cień jaśniejszy, gdyż ma dodatkowo w sobie złoty pigment.




Skład cieni:
Triethylhexanoin, Dimethicone, Magnesium Myristate, Magnesium Carbonate, Calcium Sodium Borosilicate, Aluminum Oxide (Alumina), Synthetic Fluorphlogopite, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin
Mogą też zawierać:
Mica (CI77019), Titanium Dioxide (CI77891), Iron Oxides (CI77491, CI77492, CI77499), Ferric Ferrocyanide (CI77510), Carmine (CI75470), Tin Oxide (CI77861)

Wszystkie cienie są po prostu REWELACYJNE! Pigmentacja jest niesamowita. Wystarczy raz palcem dotknąć cienia i naszym oczom ukazuje się przecudowny kolor. Cienie na powiekę nanoszą się bez jakiejkolwiek utraty pigmentacji. Na moim oku wytrzymują cały, długi dzień, nie blakną, nie osypują. Tak naprawdę cienie są niesamowite, a cena wyjątkowo atrakcyjna (6$ za jeden wkład, a jak się zdecydujecie na całą dwunastkę, to zapłacicie 65$). Są to moje ulubione cienie ze wszystkich jakie posiadam.
Poniżej swatche wszystkich cieni zrobione po jednorazowym przejechaniu palcem po cieniu, bez żadnej bazy. Od razu widać mega pigmentację :)

Od lewej: Phantom, Blacklight, I'm peachless, Mai Tai

Od lewej: Typhoon, Secret Garden, Steampunk, Rockstar

Od lewej: Voltage, Karma, Havoc, Ritzy


Wszystkie cienie są naprawdę  niesamowite i jeżeli kiedykolwiek będziecie miały okazję po nie sięgnąć, mogę z czystym sumieniem polecić je wszystkie, gdyż na rynku nie ma takich niesamowitych duochromów, jak te z Makeup Geek. 


piątek, 19 sierpnia 2016

ABH Glow Kit Sun Dipped

   Od momentu, gdy marka Anastasia Beverly Hills wypuściła na rynek swoje rozświetlacze, miałam ochotę na wypróbowanie przynajmniej jednego z nich. Pierwsza paleta, która znalazła się w moich zasobach, to Sun Dipped. Nie jest to paleta dla bladziuchów, więc pewnie w okresie, gdy moja letnia opalenizna zniknie, nie będę jej używać w roli rozświetlaczy (ale jako cienie do powiek, to już mogą być). Jednak teraz, kiedy słońce mnie troszeczkę opaliło, jest to idealna paleta dla mnie.
ABH Glow Kit Sun Dipped

Paleta jest naprawdę bardzo duża. Jak ją pierwszy raz zobaczyłam na żywo byłam w ogromnym szoku, bo rzadko zdarzają się tak duże produkty w jednej palecie. Więc mamy pewność, że ta paleta starczy nam na wieczność.
ABH Glow Kit Sun Dipped

Palety z serii Glow Kit są fajnie przemyślane, ponieważ wszystkie rozświetlacze można wyjąć i na czas podróży zabrać tylko jeden z nich ze sobą w jakiejś innej magnetycznej palecie.
ABH Glow Kit Sun Dipped

W palecie Sun Dipped mamy dwa odcienie zdecydowanie jaśniejsze, ale wpadające w ciepłą tonację. Odcień SUMMER jest pięknym, jasnym złotym cudem, które wygląda obłędnie na szczycie kości policzkowych. Jest to kolor bardzo zbliżony do sławnego Champagne Pop marki Becca. Odcień MOONSTONE jest nieco bardziej różowo-pomarańczowy, ale również jasny. Nie jest to zdecydowanie chłodny odcień.
ABH Glow Kit Sun Dipped

Kolor TOURMALINE jest cudnym odcieniem, którego bardzo ciężko opisać, ale jest obłędny. Ja go używam zamiast różu albo jako cień do powiek. Powiem Wam, że wygląda obłędnie na policzkach i na powiekach.
ABH Glow Kit Sun Dipped
Od lewej: Summer, Moonstone, Tourmaline, Bronzed

Ostatni, to najciemniejszy odcień z paletki, czyli po prostu BRONZED. Jest to ciepły brąz, który na pewno nie posłuży nam jako typowy bronzer. Ja go używam albo jako różu w połączeniu z innym produktem, albo jako bronzera, którym bardzo delikatnie omiatam całą twarz i dekolt, aby otrzymać makijaż w stylu Glow.
ABH Glow Kit Sun Dipped
Od góry: Summer, Moonstone, Tourmaline, Bronzed

ABH Glow Kit Sun Dipped
Od góry: Summer, Moonstone, Tourmaline, Bronzed

Same rozświetlacze są niesamowicie mocno napigmentowane, wystarczy dotknąć delikatnie pędzelkiem aby otrzymać na twarzy efekt WOW! W całej mojej kolekcji żaden inny rozświetlacz, oprócz sławnej Beccy nie dorównuje do pięt tym cudom. Nawet Mary Lou Manizer przy nich nie daje rady. Tak naprawdę jedynie Becca jest w stanie dorównać rozświetlaczom z ABH. Chociaż porównując oba produkty obok siebie stwierdzam, że ABH jest odrobinę, ale tak odrobinę, lepszy od rozświetlaczy marki Becca. Poza tym ABH nosi się na twarzy cały dzień bez najmniejszej straty na jakości. Nie blednie, nie osypuje się, po prostu ideał. Tak więc jakbyście mnie zapytali czy warto, odpowiem, że tak i nie ma się tutaj nad czym w ogóle zastanawiać. Uważam, że jest to jedno z moich największych odkryć kosmetycznych :)

niedziela, 7 sierpnia 2016

Charlotte Tilbury paletka cieni The Dolve Vita

   Od wielu lat moją ulubioną częścią kosmetycznych zasobów jest część, w której mam wszystkie paletki cieni do powiek. Kocham malować oczy i często noszę dość zdecydowany makijaż oczu, dlatego kolekcja moich cieni regularnie się powiększa. Ostatnio coraz częściej szukam nietypowych odcieni, formuł, tekstur i efektów na oku. Podczas takich poszukiwań trafiłam na paletki od Charlotte Tilbury, które urzekły mnie totalnie swoim wyglądem.
Charlotte Tilbury The Dolve Vita

Charlotte Tilbury The Dolve Vita

W taki oto sposób do mojej kolekcji dołączyła paletka The Dolce Vita, która cieszy się dużą popularnością na youtubie. Paletka ma piękne bordowo-brązowe opakowanie, bardzo bogate i mi osobiście kojarzące się z luksusem. W środku nie ma zbędnych pędzelków, ani innych aplikatorów, których i tak nigdy nie używam. Opakowanie jest nad wyraz smukłe. O wiele chudsze niż znane nam quady z Diora czy Chanel. I dla mnie to też jest ogromy plus, bo nie zajmują zbędnego miejsca na toaletce. Jak dla mnie opakowanie tych cieni plasuje się w pierwszej trójce najbardziej funkcjonalnych i najładniejszych opakowań palet cieni jakie kiedykolwiek używałam.
Charlotte Tilbury The Dolve Vita

No ale jak wiemy, nie tylko wygląd się liczy. W środku mamy 4 cienie w pięknej, ciepłej tonacji. Kolory są po prostu niesamowite, napigmentowane tak bardzo, że wystarczy delikatnie dotknąć, by uzyskać niesamowity efekt na oku. Zarówno nanoszone palcem, jak i pędzlem przenoszą się na powiekę bez zarzutu i na dodatek w ogóle nie pylą, nie osypują. 
Charlotte Tilbury The Dolve Vita

Cienie od Charlotte mają masełkowatą konsystencję i przez to w ogóle nam się nie osypują przy nanoszeniu. Naprawdę rzadko się to zdarza, szczególnie przy cieniach z drobinkami, albo ciemnymi cieniami. Tutaj tego w ogóle nie ma. Gdybym miała porównać wszystkie prasowane cienie jakie posiadam, a posiadam dużo z MAC, MUG, Urban Decay, MUFE, Diora, Chanel, Smashbox itp., to te są w tej kwestii na pierwszym miejscu (przynajmniej te 4 cienie, które mamy w paletce The Dolce Vita).
Charlotte Tilbury The Dolve Vita

Ma moich, lekko opadających powiekach, utrzymują się nawet bez bazy, cały długi dzień, który trwa kilkanaście godzin. Z bazą uzyskują jeszcze większą głębię i pigmentację. Jednak, bez bazy również spisują się obłędnie. Nie bledną, nie osypują w ciągu dnia. Ja jestem po prostu zachwycona.
Charlotte Tilbury The Dolve Vita


Gdy się tak zastanawiam czy jest coś, do czego mogłabym się przyczepić, to naprawdę ciężko jest znaleźć takie coś. Ale szukając już uparcie czegokolwiek, to zdecydowanie największym minusem jest cena oraz dostępność w PL. Poza tym minusów nie ma. Dlatego też, jak ktoś się do tej pory zastanawiał czy warto zainwestować w paletkę cienie do powiek od Charlotte Tilbury, to potwierdzam, że naprawdę nie ma co się zastanawiać, bo paletka jest warta każdej wydanej na nią złotówki. A czy Wy mieliście styczność z produktami Charlotte Tilbury? Jest coś co Wam się szczególnie spodobało?

niedziela, 31 lipca 2016

Laura Mercier Secret Brightening Powder

W mojej kolekcji kosmetyków są produkty, które pojawiają się raz i albo lądują u kogoś innego, albo wykańczam je, ale już nigdy do nich nie wracam. Lecz są też takie, które stają się moimi świętymi Gralami i powracam do nich wielokrotnie w wielką przyjemnością, gdyż nigdy mnie nie zawiodły. Do takich produktów zdecydowanie mogę zaliczyć puder marki Laura Mercier Secret Brightening Powder. Jest to puder, na który natrafiłam kilka lat temu zupełnie przypadkowo, bo żadnych recenzji na Internecie na jego temat nie widziałam.
Laura Mercier Secret Brightening Powder

Jest to puder przeznaczony pod oczy, gdyż jego zadaniem, oprócz utrwalenia korektora, jest rozświetlenie okolicy pod oczami poprzez optyczne odbicie światła dzięki drobinkom oraz spłycenie zmarszczek i drobnych linii pod oczami.
Puder przychodzi do nas w takim samym pudełeczku jak sławetny puder Translucent, ale znacznie mniejszym. Produkt, przy codziennym stosowaniu starcza na około 1-1,5 roku. Dlatego też jest to wydajny produkt, co przy cenie około 120 zł nie jest wielkim wydatkiem. Ja obecnie kończę drugie opakowanie i już czeka na mnie kolejne.
Laura Mercier Secret Brightening Powder

Puder pod oczy spisuje się znakomicie. Faktycznie, ma w sobie mikroskopijne drobinki, które odbijają światło i sprawiają, że okolica pod oczami wygląda o wiele lepiej, niż po zastosowaniu zwykłego pudru. Oczywiście, nie są to żadne widoczne drobinki, ale tak subtelne, że nawet wprawne oko mogłoby ich nie zauważyć.


Laura Mercier Secret Brightening Powder

Okolica pod oczami, po przypudrowaniu pudrem od Laury Mercier, jest bardziej wygładzona, a w dotyku taka delikatna, satynowa. Dużym plusem jest fakt, że skóra pod oczami, która jest bardzo delikatna, w ogóle nie jest po tym pudrze przesuszona. Produkt nie wchodzi w zmarszczki, ładnie gruntuje korektor pod oczami. Naprawdę jeden z najlepszych pudrów, jakie miałam okazję używać pod oczy.
Laura Mercier Secret Brightening Powder

Czy ma ona jakieś minusy? Niestety ma. Bardzo mocno bieli. Na żywo jest to w ogóle nie widoczne, ale na zdjęciach z fleszem można się przerazić. Ja raz miałam okazję się o tym przekonać, jak zobaczyłam zdjęcia ze spontanicznego wypadku do baru. Wyglądałam jak „obcy” :D

Poza tym, po zakupie kolejnego opakowania zauważyłam, że po pierwsze naklejka na spodzie opakowania jest inna (teraz jest ciemna, kiedyś była srebrna) i nie wiem czy to właśnie to czy coś innego, ale zauważyłam nieznaczną zmianę konsystencji na gorszą. Drobinki są nieco bardziej widoczne, gdyż sam puder jest jakby mniej zmielony. 


Laura Mercier Secret Brightening Powder 
(po lewej nowe opakowanie, po prawej stare)


Gdybym zamawiała z internetu pomyślałabym, że to podróbka. Ale kupiłam w Douglasie. I teraz nie wiem czy to formuła się zmieniła czy co, ale sam produkt jest już nieco gorszy niż kiedyś. Właśnie takie zmiany czasami zrażają mnie do niektórych marek... Bo po co zmieniać coś co jest zarąbiste?




piątek, 22 lipca 2016

Anastasia Beverly Hills The Original Contour Kit

Witajcie Kochani,
Jak dobrze wiecie marka ABH dawno temu szturmem wkradła się na rynek dzięki rewelacyjnym produktom do brwi. Jednak z czasem rozwinęła się i oferuje obecnie bardzo znane palety do konturowania, jak i palety rozświetlaczy, o których pewnie już każdy słyszał.
Anastasia Beverly Hills The Original Contour Kit Light To Medium

Ja w swoich zbiorach mam już dwie palety do konturowania, ale dzisiaj opowiem o jednej z nich, czyli Anastasia Beverly Hills Pro Series Contour Kit Light-Medium. Paleta ta, o ile dobrze pamiętam, była pierwsza na rynku. Zaraz za nią wiele marek zaczęło wypuszczać podobne palety. Obecnie prawie wszystkie marki posiadają coś podobnego w swojej ofercie. Jednak ABH była pionierem i powiem szczerze, że nadal przoduje w rankingach popularności na czołowych miejscach.
Anastasia Beverly Hills The Original Contour Kit Light To Medium

Sama paleta jest bardzo przyjemna, poręczna, tekturowa, przez co łatwo utrzymać ją w czystości. W środku znajdujemy sześć kolorów, gdzie pięć z nich jest satynowo- matowych, a jeden to typowy rozświetlacz (Vanilla). Paleta nadaje się do jasnych karnacji. Mocne bledziuszki jednak powinny z nią uważać, bo jasne kolory (Sand i Banana) mogą się za bardzo odznaczać. Ja sama, w okresie kiedy nie dosięgło mnie słońce nie używam odcienia Banana, bo jest dla mnie za żółty i go zdecydowanie widać na twarzy.

Anastasia Beverly Hills The Original Contour Kit Light To Medium

Wszystkie pudry są drobno zmielone i mają niesamowitą pigmentację. Rewelacyjnie się je nanosi pędzlem i bardzo dobrze blenduje, więc nawet jak sobie zrobimy mocną plamę, jesteśmy w stanie to rozetrzeć, a po naszym „błędzie” nie będzie śladu. Konturowanie tą paletą to czysta przyjemność. Na dodatek na każdym podkładzie trzymają się nienagannie, co jest ogromnym plusem, bo są produkty, które lubią w ciągu dnia zaginąć.
Anastasia Beverly Hills The Original Contour Kit Light To Medium

Ja do konturowania używam zmieszanych odcieni Java i Fawn. Fawn jest bardzo fajnym, zimnym odcieniem brązu i mogę go z czystym sumieniem polecić nawet największym bedziuchom. Jako typowego bronzera używam Havana, bo jest on bardzo ciepłym odcieniem. Jeżeli nie chcecie kupować całej paletki, możecie kupić same wkłady i trzymać je w dowolnej, magnetycznej palecie.
Anastasia Beverly Hills The Original Contour Kit Light To Medium
Od lewej: Havanna, Fawn, Java, Vanilla, Banana, Sand

Jeżeli chodzi o jasne odcienie, to ja używam Sand jako zwykłego pudru do twarzy lub pod oczy. Banana używam tylko wtedy gdy jestem opalona w okolice pod oczami. Tymczasem Vanilla jest ślicznym rozświetlaczem, raczej zimnym, gdyż ma lekko różowe tony, ale bardzo słabo wyczuwalne.

Moim zdaniem paleta jest warta każdej wydanej na nią złotówki. I jeżeli ktoś się jeszcze waha nad jej zakupem, to z czystym sumieniem namawiam do zakupu.

sobota, 16 lipca 2016

Giorgio Armani Sun Fabric - bronzer #600

Markę Giorgio Armani od zawsze darzyłam większą sympatią. I gdy próbowałam sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego, od razu nasuwało mi się jedno stwierdzenie „jest to marka, która nigdy mnie nie zawiodła”. Niezależnie jakie produkty miałam okazje testować, zawsze byłam zadowolona z efektu. Podkład, puder, bronzer, cienie pojedyncze, tusz do rzęs … Mogłabym tak wymieniać, gdyż w każdej kategorii makijażowej wśród moich ulubionych produktów jest coś z GA.
Giorgio Armani Sun Fabric - bronzer #600

Tak samo jest jeżeli chodzi o bronzery. Kilka lat temu furorę robiła tzw. „skóra Armaniego”, czyli numer 600. Jednak, z jakiś, nieznanych mi przyczyn produkt został wycofany ze sprzedaży. Nie mogłam tego zrozumieć, bo był to jeden z niewielu produktów, które zdenkowałam i miałam ochotę na więcej. Na szczęście Armani "wrócił po rozum do głowy" i ponownie Sun Fabric nr 600 wróciło do regularnej sprzedaży. Jak tylko się dowiedziałam o tym fakcie, jak na skrzydłach pobiegłam do Douglasa i zakupiłam ponownie to cudo.
Samo opakowanie jest piękne, jak na GA przystało, eleganckie, luksusowe, po prostu cieszy oko. W środku ukazuje nam się lusterko oraz pędzelek, którego osobiście nie używam oraz to co najlepsze, czyli sam bronzer.
Giorgio Armani Sun Fabric - bronzer #600

Sun Fabric wygląda pięknie, ma wytłoczone fale i aż szkoda go używać, żeby tego pięknego wzoru nie popsuć. Tak naprawdę, jak się patrzy na kolor, to można się przerazić, szaro-bordowa cegła ze złotymi drobinkami. Jednak po nałożeniu na twarzy od razu dostrzegamy, czemu jest to hit wśród produktów tej marki. Po nałożeniu na buzię otrzymujemy piękną opaleniznę na twarzy. Nasza buzia wygląda jakby się niedawno opalała, ale w taki ładny, niesamowity sposób, nie na żółto, nie na różowo, tylko tak pięknie, jak pokazują na różnych reklamach. Moim zdaniem jest to idealny kolor imitujący zdrową, świeżą opaleniznę. Drobinki nie są praktycznie widoczne na twarzy, gdyż ładnie stapiają się z resztą.
Giorgio Armani Sun Fabric - bronzer #600

Sun Fabric trzyma się na twarzy nieskazitelnie cały, długi dzień. Bardzo fajnie się nanosi pędzlami. Ja najbardziej lubię duży pędzel do bronzera z Sephory, gdyż on równomiernie rozprowadza mi na twarzy mgiełkę opalenizny.

Reasumując, polecam bronzer wszystkim osobom, które chcą uzyskać piękną skórę „muśniętą słońcem”.


środa, 6 lipca 2016

Charlotte Tilbury Magic Foundation

Witajcie ponownie,
Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić produkt, który był dla mnie dużą niewiadomą już od momentu obejrzenia pierwszej recenzji, czyli "magiczny" podkład Charlotte Tilbury.

Charlotte Tilbury Magic Foundation

Marka Pani Charlotte nie jest u nas w PL jeszcze tak znana jak Chanel czy Dior. Tymczasem na wyspach robi niemałą furorę. Twórcą tej marki jest bardzo znana makijażystka, która pracowała m.in. pod okiem Mary Greenwell. Marka cieszy się dużą popularnością na youtubie, dlatego też zapragnęłam i ja mieć coś sygnowane jej nazwiskiem. Mój pierwszy wybór padł na osławiony podkład Magic Foundation.  
Charlotte Tilbury Magic Foundation

Opakowanie jest ładne, gustowne, szklane z pompką oraz zatyczką w kolorze różowego złota. Bardzo ładnie więc wygląda na toaletce, chociaż pompka sprawia wrażenie bardzo tandetnej. Samo szkło jest mleczne, a więc takie jak lubię w podkładach. Mi ogólnie opakowanie bardzo przypadło do gustu.


Charlotte Tilbury Magic Foundation

Gama kolorystyczna jest dość pokaźna, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem odpowiedniego odcienia. Tym bardziej, że odcienie 1 i 2 są naprawdę jasne. Ja obecnie używam 3.5, który ma w sobie zdecydowanie żółte podtony i pięknie się stapia z moją skórą. Pewnie po zimie byłby nieco za ciemny, ale teraz gdy pierwsze promienie słońca ładnie musnęły moją twarz, jest to idealny odcień.

Charlotte Tilbury Magic Foundation

Podkład jest dość gęsty, a więc nie ma obaw, że nam spłynie z dłoni podczas nakładania. Osobiście najbardziej lubię nakładać go Beauty Blenderem, gdyż wówczas bardzo naturalnie wygląda, przy jednoczesnym dość konkretnym kryciu.

Charlotte Tilbury Magic Foundation

Sam podkład na twarzy daje krycie średnie, w kierunku mocnego. Na pewno nie jest to tak mocne krycie jak sławetny Estee Lauder Double Wear, ale zdecydowanie jest to jeden z tych podkładów, w którym krycie określiłabym na naprawdę bardzo dobre (tak dla porównania w skali 1-10, gdy 10 miałby kamuflaż z MUFE, ELDW dostałby 9, to ten coś koło 7-8). Dla mnie, osoba która boryka się z mocnymi zaczerwieniami, pajączkami, przebarwieniami, ale nie ma żadnych blizn potrądzikowych będzie zadowolona z tego podkładu. Co lepsze, mimo tak dobrego krycia, nie daje efektu szpachli na twarzy, nie podkreśla suchych skórek (ja mam ogólnie suchą skórę, więc spora część kryjących podkładów się u mnie nie sprawdza, ponieważ albo wysusza, albo podkreśla suche miejsca). Po nałożeniu nie mamy odczucia ściągnięcia, a po zmyciu twarz też nie jest przesuszona.
Magic Foundation trzyma się na twarzy nienagannie przez wiele godzin, bez potrzeby jakiejkolwiek poprawki. Podkład potrafi wytrzymać na twarzy nawet długie 16-18 godzin. Oczywiście w okolicach nosa czy brody po tylu godzinach podkład zaczyna zanikać, ale jest to i tak bardzo dobry wynik, gdyż u mnie nawet ELDW po tylu godzinach koło nosa się ściera.

Poniżej porównanie odcienia 3.5 z innymi popularnymi podkładami dostępnymi w PL.


Ogólnie jestem zachwycona tym produktem i dlatego chętnie wypróbuję kolejne produkty Charlotte Tilbury. Czy możecie polecić jakieś inne perełki z tej marki?

niedziela, 26 czerwca 2016

NABLA Cosmetics po raz pierwszy

Jako zapalona testerka wszelakich nowinek kosmetycznych nie mogłam nie spróbować kilka produktów nowej marki kosmetycznej, jaką jest Nabla. U nas produkty tej firmy pojawiły się w sklepach internetowych dość niedawno. Stacjonarnie nigdzie jeszcze, o ile mi dobrze wiadomo, nie można dostać ich produktów. Mnie zaciekawiła Nabla szczególnie dlatego, że twórcą tej marki jest dość znany youtuber MrDanielMakeup. Podziwiam takich ludzi jak Marlena (znana jako MakeupGeek), którzy stworzyli coś swojego i naprawdę rewelacyjnego. Dlatego też tutaj byłam bardzo ciekawa czy i Nabla mnie pozytywnie zaskoczy.
Nabla Cosmetics - cienie Duochrome

Na pierwszy ogień poszła kredka do oczu. Okazała się ona strzałem w 10. Jest mięciutka, pięknie się rozprowadza na linii wodnej i zostaje na niej naprawdę długo. Dłużej niż Urban Decay. Dla mnie ta kredka to absolutny hit, a na dodatek cena też nie dobija portfela. Zachwycona pierwszym spotkaniem z marką postanowiłam zainwestować w cienie. Oczywiście niestandardowo zaczęłam od duochromów, gdyż tych w swojej kolekcji jeszcze nie mam dużo. Moje ulubione są z Makeup Geek (są booooskie). I tutaj liczyłam na to, że Nabla będzie konkurencją dla MUG, jednak okazało się, że nie.
Od lewej: Zoe, Madreperla, Pegasus

Omówmy zatem te trzy perełki, które posiadam. Są to kolory: Zoe, Pegasus oraz Madreperla. Cienie przypominają standardowe wkłady z MACa, ale tylko kształtem. Po wyjęciu z opakowania ukazuje nam się niespodzianka. Otóż cienie Nabla są dużo większe, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło.
Od lewej: cień Nabla, cień MAC

Cienie we wkładzie same w sobie prezentują się średnio, jak to duochromy. Dopiero cała ich magia odkrywa się gdy je nałożymy na powiekę i będziemy patrzeć pod różnym kontem.
U góry: Pegasus
Od lewej: Madreperla, Zoe

Kolor Zoe to taki sredbrno- zielonkawy cień. Na ciemniejszej bazie jest bardzo intensywnie zielony. Kolor Madreperla to zdecydowanie taki różowo- srebrny odcień. Natomiast Pegasus to przedziwny piękny złoto- fioletowy kolor. Jest to zdecydowanie mój faworyt.
Od lewej: Madreperla, Pegasus, Zoe


Od lewej: Madreperla, Pegasus, Zoe

Cienie mają fajną konsystencję, nie pylą się za bardzo. Jednak przenoszone pędzelkiem trochę gubią kolor, więc najlepiej pracować nimi palcami. Trwałość bez bazy jest dobra, ale też nie rewelacyjna. Dla przykładu, jak na bazę z Lime Crime nałożę cień (tez duochrom) z MUG, wówczas od 6 rano do 22 mam go na powiece w niezmienionej postaci, a pod różnym kątem nadal widać, że jest to duochrom. Tymczasem tutaj, już w połowie dnia widzę, że cień jest jakby mniej intensywny niż zaraz po nałożeniu (również na tą samą bazę). Poza tym, mam też wrażenie, że ten duochrome gdzieś jakby się lekko gubił i zostaje tylko jeden, dominujący kolor. Ogólnie uważam, że cienie są dobre, ale nie na tyle, żeby w jeden wkład inwestować 26,90 zł. Osobiście wolę już dołożyć i kupić cienie MUG, które powalają Nablę pod każdym względem.

Mieliście styczność z marką Nabla? Jeśli tak, to napiszcie mi co o niej sądzicie.