poniedziałek, 27 stycznia 2014

NARS Goodbye Emmanuelle

   Ostatnio coraz bardziej uzależniam się od marki NARS. Dlatego też nie mogło, w mojej kolekcji, zabraknąć szminki. Wybór padł na produkt z najnowszej serii produktów sygnowanych nazwiskiem francuskiego artysty, fotografa Guy'a Bourdin: szminkę w kolorze Goodbye Emmanuelle. 
Zgodnie z obietnicami producenta, pomadka z serii Cinematic Lipstick, zapewnia intensywne nasycenie kolorów wraz mocnym, błyszczącym efektem na ustach. Jest to kremowa pomadka wzbogacona o innowacyjne odżywki i antyoksydanty, które chronią i nawilżają usta. Formuła wzbogacona jest o witaminę E i masło Monoi.




Tyle obiecuje producent. A co my otrzymujemy w zamian za wydane 26 euro?
Na początek 3,1 grama pięknie zapakowanej szminki w standardowe, znane z marki NARS czarne, satynowe opakowania. Nie wiem czy już Wam mówiłam, ale to opakowanie bardzo przypadło mi do gustu. 





Po otwarciu naszym oczom ukazuje się piękny widok. Wg mnie szminka ma rewelacyjny kolor, różowy, ale delikatnie wpadający w jasną fuksję. Dla mnie idealny na wyjścia z koleżankami :)



Zdjęcie moim zdaniem nie oddaje dokładnie kolorytu szminki, gdyż tak naprawdę cały jej urok widać dopiero na ustach.



Sama szminka ma rewelacyjne wykończenie, bardzo delikatne i masełkowate, przez co malowanie nią ust to czysta przyjemność. Po pomalowaniu czuć nadal, iż szminka ma kremowe wykończenie. Nie jest to matowa pomadka, tylko mocno błyszcząca. Nie jest to efekt tafli, jak po pomalowaniu błyszczykiem. Jednak otrzymujemy bardzo błyszczący (oczywiście bez jakichkolwiek drobinek), a jednocześnie satynowy efekt.




Ważnym elementem jest to, iż szminka w ogóle nie wysusza moich ust, a mam do tego skłonność. 
Dla mnie szminka byłaby idealna gdyby nie jeden mankament. Otóż bardzo szybko schodzi w okolicach wewnętrznej strony ust. Praktycznie po około dwóch godzinach musimy zrobić poprawkę, gdyż wewnętrzna strona się "zjada". Nie wspomnę już o jedzeniu. Po zjedzeniu obiadu szminki prawie na ustach nie ma. Uważam, że za tą cenę trwałość nie powinna pozostawić niczego do życzenia. Tutaj niestety z tym jest problem.

Nie skreślam całkowicie szminek z NARS'a, gdyż może inne wykończenia będą się lepiej spisywać, ale za Guy'a już podziękuję.

Mimo bólu serca, bo kocham wszystko co NARS'owe, muszę wystawić sprawiedliwą ocenę. Ta szminka dostaje ode mnie 3/5. 


niedziela, 26 stycznia 2014

TIGI, Bed Head, ale czy na pewno prosto z łóżka??? :)

   Od około roku farbuję włosy na jasny, popielaty blond. Dekoloryzacje i ciągłe farbowanie osłabiają włosy, które i tak w moim wypadku są bardzo cienkie. Dlatego też wiem, jak ważna jest pielęgnacja, używanie odpowiednich szamponów, odżywek, masek i innych specyfików, które przywrócą moim włosom naturalny blask i zdrowy wygląd. Przez dłuższy czas używałam produktów marki L'Oreal. Jednakże firma ta w standardowym obiegu nie ma produktów dostosowanych do konkretnego koloru włosów. Stąd rozpoczęły się moje poszukiwania produktu idealnego. Tak trafiłam na Tigi, Bed Head, Colour Combat Dumb Blonde Shampoo oraz Conditioner.


Komplet: szampon + odżywkę kupiłam na stronie HqHair za 16 £ (akurat była wiosenna promocja). Opakowania z odżywki już nie mam, bo wyrzuciłam jak tylko mi się skończyła. 
Szampon ma pojemność 250 ml, a odżywka 200 ml. Są to produkty bardzo gęste i mała ich ilość wystarczy żeby umyć włosy lub wmasować odzywkę. Jedna tubka szamponu starcza mi na około 2,5 miesiąca codziennego używania. Natomiast odżywkę miałam prawie 5 miesięcy, ale używałam raz, czasami dwa razy w tygodniu.
Oba produkty wzbogacone są inteligentną technologią Color LockDown, która nadaje blond włosom zdrowy i piękny wygląd, pielęgnując je i zabezpieczając przez blaknięciem czy żółknięciem. 


Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, gdyż nie wylewa się nam za dużo produktu. Zapach też bardzo przypadł mi do gustu. Faktem jest, iż jest dość specyficzny, z jednej strony owocowy, ale również taki cukierkowy, chociaż z domieszką odrobiny goryczy. Tak jakby do cytrusów i poziomek ktoś dodał gorzki grejpfrut (osobiście nie lubię grejpfrutów, więc może stąd takie skojarzenie) :)

Skład jest następujący:


Ogólnie, bardzo polubiłam oba produkty. Szampon, używany sam, ładnie dyscyplinuje włosy, po umyciu nie mam na głowie stogu siana, a samo rozczesywanie jest dwukrotnie lepsze, niż przy użyciu innego szamponu. Wraz z odżywką potęgują pozytywny efekt, gdyż włosy nie puszą się, są nawilżone, po prostu ładnie wyglądają. Po wielokrotnym użyciu szamponu moje włosy odzyskały blask, który gdzieś przygasł podczas farbowania. Odżywka powoduje, że moje włosy są miększe i jeszcze bardziej zdyscyplinowane, a na dodatek nie elektryzują się tak bardzo jak wcześniej, co szczególnie teraz, gdy noszę czapkę, jest dla mnie bardzo ważne.
Bardzo polubiłam ten duecik i teraz planuję z tej samej firmy wypróbować kolejne produkty. Mam teraz ochotę na Styleshots Extreme Straight Shampoo. Dużym minusem jest dostępność. Nigdzie w PL nie widziałam tej marki. 

Ogólna ocena produktu: szampon 5/5, odżywka 4/5. 



sobota, 25 stycznia 2014

Mam i ja... Yankee Candle

Pierwszą świecę z Yankee Candle przywiozłam z wakacji. Wówczas jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że zwykła świeczka może tak niesamowicie pachnieć ;) Kiedy ją otworzyłam i powąchałam, wiedziałam, że nie jest to ostatnia świeca z Yankee Candle, jaka gości u mnie w domu. 
W Polsce szukałam stacjonarnego sklepu bardzo długo, aż straciłam nadzieję. Aż tutaj nagle, niespodziewanie, idąc sobie (kompletnie nieświadomie) jedną z ulic Poznania (byłam tam ostatnio z małymi odwiedzinami ;)) zobaczyłam szyld sklepu Yankee Candle. Mojej radości nie było końca :D


Powyżej moje zdobycze, które pachną OBŁĘDNIE :) 
Największa świeca pachnie lodami owocowymi. Zapach ten urzekł mnie od pierwszego powąchania i pisząc to, mam obok odpaloną tą właśnie świecę. Aromat unosi się w całym pokoju :) Natomiast oba małe cudeńka mają zapach bitej śmietany z truskawkami oraz wiśni. Już wiem, że przy kolejnej wizycie w Poznaniu zakupię kolejną, właśnie o zapachu wiśni :)
Taka mała rzecz, a jak potrafi poprawić humor :) Pozdrawiam :)

piątek, 24 stycznia 2014

Liebster Blog Award

W środę Addicted To Makeup nominowała mnie do ciekawej zabawy, do której chętnie się dołączam :) Dziękuję za nominację, ponieważ jest mi niezmiernie miło, iż mimo faktu, że mój blog jest jeszcze młody, to komuś się podoba :)



Zasady są następujące:

„Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

A więc zaczynamy:

  1. Ile czasu dziennie poświęcasz na pielęgnację i makijaż?
Zdecydowanie za dużo czasu poświęcam na makijaż, szczególnie rano ;) Ciężko mi określić ile to dokładnie jest w minutach, ale wiem to, że zdecydowanie powinnam zmienić codzienne proporcje. Dlaczego? Otóż, są dni, kiedy wieczorem jestem tak skonana (a zdarza się to dość często), iż pielęgnację ograniczam do demakijażu i nałożenia kremu. Tutaj muszę koniecznie się poprawić.

  1. Dlaczego zdecydowałaś się prowadzić bloga?
Zdecydowałam się prowadzić bloga, gdyż chciałam podzielić się swoją wiedzą, swoimi doświadczeniami i przemyśleniami dot. produktów, które używam lub używałam. Chciałam, aby moja wiedza i doświadczenie mogły pomóc w przygodzie z kosmetykami innym dziewczynom. Poza tym chciałam poznać osoby, zakręcone na punkcie kosmetyków tak jak ja. Dodatkowo chciałam mieć odskocznię od codziennego życia, miejsce, które będzie tylko moje, a ponieważ jest to dziedzina życia, którą kocham, więc z czystą przyjemnością zdecydowałam się na taki temat.

  1. Czym zajmujesz się na codzień?
Głównie pracą. No i myśleniem o kosmetykach, haha :D

  1. Jaki jest Twój sposób na zrelaksowanie się?
Najbardziej relaksuję się, gdy mogę zagłębić się w wannie pełnej gorącej wody i dużej ilości piany, a w tle gra ulubiona muzyka :)

  1. Twój największy, do tej pory, życiowy sukces?
Mój największy życiowy sukces jest tak naprawdę kompletnie nienamacalny. Dlaczego? Ponieważ za sukces uważam fakt, iż nie poddałam się, kiedy przyszły bardzo trudne chwile w życiu moim i mojej rodziny. Przetrwałam i stałam się silniejszym człowiekiem.

  1. Bez jakiego kosmetyku nie możesz żyć (jeden pielęgnacyjny i jeden kolorowy)?
Tylko jeden? (chlip, chlip) Trudno, skoro muszę wybrać, to odpowiedź jest prostsza :D Nie potrafię rozstać się z kremem Nivea. Zawsze mam kilka, które w różnych miejscach są porozrzucane (jeden w torebce, drugi w kosmetyczce, trzeci w łazience, czwarty jeszcze gdzieś…). Jeżeli zaś chodzi o kolorówkę, to nie potrafię żyć bez korektora. Jest to kosmetyk obowiązkowy i jeżeli ktoś by mi zabrał wszystkie moje korektowy, to chyba zapłakałabym się na śmierć, haha :D

  1. Co jest dla ciebie najtrudniejsze w prowadzeniu bloga i co zajmuje Ci najwięcej czasu?
Najtrudniejszą częścią jest pstryknięcie rzetelnych zdjęć. Takich, które oddają w 100% kolor lub wygląd danego produktu. Tym bardziej, że nie dysponuję profesjonalnym sprzętem. To też zajmuje mi najwięcej czasu.

  1. Ponadczasowy utwór albo artysta muzyczny.
Zdecydowanie Michael Jackson. Niezależnie od tego, co mówią o nim ludzie, co publikuje/ publikowała prasa uważam, że Michael był genialnym artystą, „wielkim” człowiekiem. Podziwiam go za to, że był perfekcjonistą w każdym calu, potrafił przekazać swoje odczucia poprzez muzykę i porwać tłumy. Do tej pory, słuchając ulubionych utworów, mam ciary na całym ciele :)

  1. Twój życiowy autorytet.
Nie mam jednego, życiowego autorytetu. Na różnych etapach swojego życia inne osoby, żyjące czy też nie, były dla mnie autorytetami.

  1. Gdybym mogła cofnąć czas, zmieniłabym…
Niczego bym nie zmieniła, gdyż niezależnie od zdarzeń, które miały miejsce, wszystkie one miały wpływ na to, kim jestem dzisiaj i jak podchodzę do życia i świata.

  1. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby …?
Gdyby ludzie pozbyli się swojej zawiści w stosunku do innych… Wiele rzeczy chciałabym zmienić, ale uważam, że to w zupełności wystarczyłoby, aby świat stał się piękniejszym i przyjemniejszym do życia miejscem. 


Moje pytania:
1. Dlaczego zdecydowałaś się prowadzić bloga?
2. Ulubiona marka kosmetyczna.
3. Jaki jest twój ulubiony kosmetyk, bez którego nie wyobrażasz sobie życia?
4. Jakie były pierwsze kosmetyki, które w życiu używałaś?
5. Czy wyobrażasz sobie dzień/ tydzień bez makijażu?
6. Twój ideał piękna.
7. Jakie jest Twoje ulubione miejsce na ziemi?
8. Pierwszy blog, jaki Cię zachwycił i dlaczego?
9. Jaka była najpiękniejsza chwila w Twoim życiu?
10. Co poprawia Ci humor?
11. Jak wyglądałby Twój idealny dzień?


Lista 11 blogów, które nominuję do Liebster Blog Award :)
Chętnie nominuję do zabawy następujące blogaski:

Pozdrawiam :)

czwartek, 23 stycznia 2014

Etude House Lovely Cookies Blusher

   Jak każda kobieta lubię mieć w kosmetyczce takie produkty, które cieszą oko :) A na dodatek, gdy przy tym spełniają nasze oczekiwania, to już w ogóle ogromy sukces. Jednym z takich cudeniek jest róż z Etude House (Lovely Cookies Blusher) w kolorze Raspberry Tarts. 


Samo opakowanie robi już wrażenie :) Jest słodkie i piękne. Wprawdzie obawiam się, że przy upadku mogłoby się łatwo uszkodzić, więc trzeba uważać. 
W cenie ok. 26 zł dostajemy 7,2 gramy genialnego różu, zamkniętego w przyjemnym dla oka opakowaniu.


Po otwarciu widzimy piękny puszek, który zawiera słodką kokardkę. Ja wolę nakładać róż pędzelkiem, ale jak jestem gdzieś w drodze, to mogę nim poprawić makijaż, gdyż całkiem nieźle nakłada się nim bardzo subtelną mgiełkę produktu.


Producent postarał się również z kolorami, gdyż do wyboru dostajemy kilka odcieni, zarówno delikatnych, brzoskwiniowych, jak i mocniejszych, takich jak ten zakupiony przeze mnie.



Mam ten róż już prawie rok, ale nie używam go codziennie, dlatego też nie dotknął jeszcze denka. Jest to jeden z moich ulubionych róży. Jest trwały, potrafi na policzkach wytrzymać cały dzień. Pozostaje na swoim miejscu, nie migruje po twarzy w ciągu dnia (no chyba, że mu w tym pomożemy;)). Kolor też jest niesamowity, róż jest mocno napigemtowany W trakcie nakładanie pędelkiem nie kruszy się i nie osypuje. 


Odcień jest satynowy z delikatnymi drobinkami, które są bardzo słabo widoczne. Trzeba się naprawdę przyjrzeć, aby je zauważyć. 
Zdecydowanie polecam osobom jeszcze nie zdecydowanym, gdyż naprawdę warto :)

Ogólna ocena produktu to 5/5.

czwartek, 16 stycznia 2014

MAC Mineralize Skinfinish Soft & Gentle

   Od jakiegoś czasu nadrabiam moje MACowe zaległości dzięki możliwości zakupów ich kosmetyków przez stronę internetową :) Wcześniej musiałam wybrać się na wycieczkę (prawie 70 km), aby kupić coś z MAC'a. Teraz dostęp mam ułatwiony ku wielkiemu nieszczęściu mojego portfela :D
Około 3 miesiące temu w moje ręce wpadł jeden z kultowych rozświetlaczy, czyli MAC Mineralize Skinfinish Soft & Gentle.


Mam kilka ulubionych rozświetlaczy i do tej pory prym wiodły Mary-Lou Manizer firmy theBalm oraz rozświetlacz z UD. Po kilku użyciach S&G zakochałam się w nim. Jest to rozświetlacz idealny, jednocześnie daje delikatny efekt, ale po kilku maźnięciach można ten efekt wzmacniać. I w ten oto sposób zrzucił na dalsze miejsce na mojej liście faworytów produkt theBalm. 


Produkt z MAC'a kosztuje w regularnej sprzedaży 115 zł. Za to dostajemy 10 gram niesamowitego rozświetlenia. Wykończenie jest bardziej drobinkowe niż też które daje Mary-Lou Manizer. Nie jest to typowa tafla, ale mimo to efekt jest piękny na twarzy, przypomina naturalne rozświetlenie.


Efekt na twarzy utrzymuje się cały dzień, produkt nie migruje, nie osypuje się. Zazwyczaj znika z moje twarzy dopiero po wykonaniu demakijażu. Nawet po zaliczeniu drobnej drzemki w ciągu dnia, dalej widać rozświetlenie.
Jedynym minusem jest to, iż trzeba uważać nakładając go na twarz pędzlem, gdyż lubi się obsypywać. 
Poza tym zastrzeżeń nie mam żadnych i uwielbiam ten rozświetlacz, o czym świadczy fakt, iż od prawie trzech miesięcy jest moim nieodłącznym towarzyszem :)

Ocena: 5/5.


środa, 15 stycznia 2014

Etude House Proof10 Liquid Liner

   Witajcie moi drodzy,
Ostatnio na blogu Addicted To Makeup pojawił się wpis dotyczący eyelinera Diorshow Art Pen. Natchnęło mnie to, aby przekazać Wam moje cudo, które bardzo lubię, czyli Etude House Proof10 Liquid Liner. Jest to mój ulubiony eyeliner w pisaku jaki kiedykolwiek miałam.


Obecnie w sprzedaży jest dostępnych pięć kolorów i wszystkie są wodoodporne. Osobiście lubię produkty wodoodporne, gdyż zapewniają mi poczucie komfortu. Nawet jak pada deszcz czy jest ekstremalnie wilgotno nie muszę się martwić, że mój makijaż tego nie przetrzyma. Poza tym nawet czasami jak potrę oko eyeliner zostaje na swoim miejscu :) 


Zazwyczaj stosuję eyeliner żelowy. Jednak czasami wolę płynne, szczególnie wtedy, gdy zależy mi na mocniejszym efekcie. I ten eyeliner spisuje się tutaj doskonale: nie rozciera się, nie odbija na powiece, po wielu godzinach nie kruszy się ani nie odpada. 


Końcówka eyelinera jest typowa dla tego rodzaju produktów. Teoretycznie nie wyróżnia się od innych produktów tego typu, a jednak ta końcówka jest bardzo przyjemna w użyciu, nie za twarda, nie za miękka. Idealnie maluje się nią kreski, nawet gdy chcemy to zrobić bardzo szybko i się spieszymy. Jedynym minusem dla osób niewprawionych może być fakt, że bardzo szybko zasycha na powiece. 


Tym eyelinerem możemy wyczarować sobie różne kreski, zarówno cieniutkie jak i nieco grubsze. 
Zmywanie też nie przysparza najmniejszych problemów. Wystarczy woda micelarna. Często z produktami wodoodpornymi jest problem przy zmywaniu. Tutaj jest inaczej, wystarczy przyłożyć na chwilę płatek nasączony wodą micelarną i eyeliner znika w ciągu kilku chwil. Najlepsze jest to, że się nie rozmazuje przy zmywaniu, tylko tworzą się takie kuleczki z pozostałościami po produkcie. Jest to naprawdę super rozwiązanie, bo się nie ubrudzimy przy zmywaniu makijażu. 

Oceniam ten produkt na 5/5.


wtorek, 14 stycznia 2014

Rozdanie na blogu Blush Me Baby

   Witajcie,
Dzisiaj na blogu Blush Me Baby pojawiło się rozdanie :) Polecam wszystkim, bo wygrać można gąbeczkę Real Techniques.




Ja mam na nią od jakiegoś czasu ochotę, więc chętnie biorę udział w rozdaniu :) Link do rozdania jest tutaj.
Pozdrawiam :)

Kochany kurier :)

   Witajcie moi kochani,
Niestety od wczoraj jestem nieco uziemiona i nigdzie nie wychodzę. Pan doktor zabronił... Ale mimo to humorek mi dopisuje, gdyż dzisiaj do moich drzwi zapukał kurier :) Paczuszka, którą od niego dostałam pochodzi ze stronki NARS'a :) Paczka była naprawdę ładnie zapakowana i zabezpieczona, żeby zawartość dotarła w jednym kawałku.

A oto co znalazłam w paczuszce :)


Od lewej: NARS brozner Laguna, 
NARS Illuminator Orgasm, NARS cienie Portobello

Szczególnie cieszę się z cieni, gdyż są to moje pierwsze cienie z NARS'a :) Lagunę już miałam, ale ponieważ jest już na wyczerpaniu postanowiłam zakupić tym razem pełnowymiarowy produkt. 
Jest to mój pierwszy zakup na stronie NARS'a, więc dostałam mały gratis w postaci 8 ml tubki z Illuminatorem w kolorze Orgasm.

Od lewej: NARS brozner Laguna, 
NARS Illuminator Orgasm, NARS cienie Portobello

Od lewej: NARS brozner Laguna, 
NARS Illuminator Orgasm, NARS cienie Portobello

Jak tylko trochę wydobrzeję zabieram się za testowanie :) Już się nie mogę doczekać :)

PS. Przepraszam za średnią jakość zdjęć, ale u mnie jest tak ponuro, jakby był co najmniej brzydki, ciemny, jesienny wieczór.

Pozdrawiam wszystkich i mam nadzieję, że zdrowie dopisuje :)

niedziela, 12 stycznia 2014

Urban Decay The Theodora Palette

   Witajcie ponownie,
Od dłuższego czasu zamierzałam napisać post, w którym przedstawię moją ulubioną paletę ubiegłego roku. Jakoś tak się zebrać nie mogłam, ale skoro za tydzień planuję wybrać się na małe karnawałowe szaleństwo ubrana w te cienie, to uznałam, że może to być idealna okazja żeby przedstawić Wam tą paletę.

Urban Decay The Theodora Palette

Kupiłam ją na wiosnę zeszłego roku, zaraz po zakupie Glindy (drugiej palety z serii Oz The Great and Powerful). Obie palety strasznie mi przypadły do gustu ze względu na swoje kolory. Glindę używałam głównie latem i późną wiosną, natomiast Theodorę praktycznie cały czas przez ostatnie kilka miesięcy.

Urban Decay The Theodora Palette

The Theodora Palette przychodzi do nas w zestawie zawierającym:
6 cieni po 1,5 grama w następujących kolorach:
- Broken (jasny satynowy cień, lekko błyszczący),
- Beware (ciepły, średniociemny matowy brąz),
- Bewitch (ciemny brąz),
- West (głęboki, połyskujący brąz),
- Spell (podwójny cień: czarny z brokatem oraz złoty, metaliczny z brokatem),
- Jealous (podwójny cień: zielona, jasna perła oraz ciemniejsza zielona perła).
Dodatkowo dostajemy w zestawie:
- kredkę 24/7 Glide On Eye-Pencil do oczu w kolorze czarnym (Zero),
- błyszczyko-pomadkę w kredce w kolorze Theodora,
- kartę z instrukcją jak krok po korku uzyskać wygląd Theodory.

Urban Decay The Theodora Palette
Górny rząd: Broken, Beware, Bewitch.
Dolny rząd: West, Spell, Jealous.

Kredka 24/7 Glide On Eye-Pencil to najlepsza kredka jaką do tej pory używałam i kilka słów o niej możecie przeczytać w moich ulubieńcach roku 2013. O błyszczyku celowo nie będę wspominać, na ten temat poświęcę osobny post. 
Cena całego kompletu jest wg mnie bardzo przystępna (płaciłam za nią około 59$), zważywszy na fakt, iż cena pojedynczego cienia z UD to wydatek rzędu 18$). Obecnie niestety dostępna już jest tylko na ebay'u, gdyż była to edycja limitowana.

Urban Decay The Theodora Palette

Paletka wg mnie jest rewelacyjnie skomponowana jeżeli chodzi o kolorystykę. Mamy w niej zarówno cień do zaznaczenia łuku pod brwią (Broken), jak i do zaznaczenia załamania powieki (Beware). Beware jest przepięknym kolorem, ciepłym, delikatnym, satynowym. Jest to jeden z moich ulubieńców ze wszystkich palet. Dodatkowo dostajemy dwa ciemnie brązy, jeden satynowy, drugi już z połyskiem. Tymi czterema cieniami możemy stworzyć zarówno dzienny, delikatny makijaż, jak i ciemniejszy na wieczór. 
Poza tym dwa podwójne cienie są też warte uwagi ze względu na rewelacyjne kolory, które można dowolnie łączyć. Na wieczorny wypad są idealne :)

Urban Decay The Theodora Palette

Pigmentacja tych cieni jest niesamowita, wystarczy bardzo delikatnie dotknąć dany cień by od razu otrzymać niesamowity kolor na palcu, który po przeniesieniu wygląda następująco:

Górny rząd: Broken, Beware, Bewitch.
Dolny rząd: West, Spell, Jealous.

Powyższe swatch zrobiłam po jednokrotnym, delikatnym przejechaniu palcem po powierzchni cienia. Dzięki temu od razu widać ich niesamowitą pigmentację. Jedynie złoty cień sprawia małe problemy przy malowaniu.
Poza tym są to cienie, które rewelacyjnie się blenduje. Jest to czysta przyjemność :) 

Górny rząd: Broken, Beware, Bewitch.
Dolny rząd: West, Spell, Jealous.

Na powiece utrzymują mi się cały długi dzień, nawet bez bazy, na zwykłym korektorze (dodam, że mój cały długi dzień zaczyna się koło 5 rano i kończy koło 23-23). 

Czy cienie te mają jakieś minusy. Niestety jeden, cień Spell (zarówno część złota, jak i czarna) się osypuje przy nakładaniu. Jest to niestety wina brokatu, który się w nim znajduje. Dla mnie to jednak nie jest duży problem, gdyż maluję zazwyczaj najpierw oczy, a później resztę twarzy, dzięki czemu mogę pozbyć się szybko zbędnego produktu pod oczami.

Cóż mogę powiedzieć więcej, nie na darmo ta paletka znalazła się w moich ulubieńcach poprzedniego roku :) Gdybym miała podjąć decyzję czy kupić ją ponownie zrobiłabym to bez mrugnięcia okiem :)

Ocena: 5/5.

sobota, 11 stycznia 2014

Zakupy z MUA

   Ku mojemu wielkiemu szczęściu wczoraj przyszła do mnie paczuszka prosto ze sklepu MUA. Zakupy dokonałam jeszcze w zeszłym roku, ale ze względu na święta liczyłam się z opóźnieniami. Miałam nadzieję, że jednak uda się dotrzeć moim zakupom trochę wcześniej, no ale cóż. Poczekałam i są, moje nowości. Zakupy robiłam w oficjalnym sklepie MUA. Za przesyłkę płaciłam 5 £. Koszty podzieliłam na dwie osoby, bo zakupy robiłam z siostrą. Paczuszka przyszła bardzo starannie zapakowana, co mnie niezmiernie ucieszyło. Przy tylu warstwach folii bąbelkowej nie było opcji, aby coś uległo uszkodzeniu :)
A oto moje zakupy:



Od lewej (paletki): MUA Undressed, MUA Undresse Me Too

Do tych zakupów przymierzałam się już od kilku miesiący (głównie za sprawą Red Lipstick Monster, która opowiada o paletce Undress Me Too tutaj), ale paletka Undress Me Too była cały czas niedostępna. Dopiero kilka dni przed świętami, dosłownie na kilka godzin pojawiła się możliwość jej zakupu, więc nie czekając za długo od razu zrobiłam zakupy :)  Przy okazji wrzuciłam do koszyka dwie matowe pomadki (w promocji każda z nich kosztowała mnie 1£).

MUA Undressed

MUA Undress Me Too

Paletki są wzorowane na kultowych paletkach z UD Naked i Naked2. Faktycznie podobieństwo po zrobieniu pierwszych swatchy jest niesamowite. Ale o tym opowiem wam przy okazji innego postu, w którym dokładnie opiszę po testach jak się te cienie sprawują i czy faktycznie są równie dobre jak cienie UD. 
Pozdrawiam! :)

Bdellium Tools 942P oraz 787P

   Witajcie,
Uwielbiam kupować kosmetyki (a zresztą kto tego nie lubi? ;) ), zarówno kolorowe jak i do pielęgnacji. Poza tym strasznie lubię też dobre "przyrządy" do malowania i tutaj pędzle odgrywają kluczową rolę.
W zeszłym roku trafiłam na markę Bdellium Tools, jednak wahałam się z zakupem, aż nie przeczytałam kilku postów wychwalających te pędzle. Dodatkowym bodźcem do zakupu okazał się fakt, iż są to produkty "Cruelty-free". Jeżeli żadne zwierzątko nie ucierpiało przy produkcji tych pędzli, to jak dla mnie, są tym bardziej godne uwagi :)

A teraz do rzeczy. Pierwsze dwa pędzle, które zakupiłam są z serii Pink Bambu i są to 942P oraz 787P.




Wygląd pędzelków jest naprawdę miły dla oka. Dodatkowo każda z nas decydując się na pędzle z Bdellium Tools ma do wyboru zarówno różowe, jak i żółte, zielone lub tradycyjne odcienie rączek i włosia. Zatem, dla każdego coś miłego :) 
Ja zdecydowałam się na serię Pink. Trzonki zrobione są z bambusu i są nieco szersze niż w pędzlach np. Hakuro (szczególnie w przypadku pędzelka 787P). Jednym to może przeszkadzać, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia. Mi osobiście dobrze się trzyma w dłoni.

Pędzel 942P jest pędzlem głównie przeznaczonym do konturowania. 
Oto opis ze strony producenta:

"Pink Bambu Slanted Contour - ścięty pod kątem pędzel przeznaczony jest do nakładania różu i korekty kształtu twarzy. Nadaje piękny kształt policzkom dzięki precyzyjnej i naturalnej aplikacji bronzerów i róży."

Ja ten pędzel używam właśnie do konturowania twarzy. Jest on nieco mniejszy niż standardowy pędzel do konturowania, który do tej pory używałam, czyli Hakuro H21. Ale dzięki temu jest bardziej precyzyjny i dlatego uważam, że sprawdza się w tym bardzo dobrze.

Bdellium Tools 942P

Włosie pędzla jest mega mięciutkie, dzięki czemu nakładanie bronzera jest naprawdę niesamowicie miłym przeżyciem. Osobiście jestem tym pędzlem zachwycona :)

Drugi pędzelek, czyli 787P, to pędzel do rozcierania cieni lub tworzenia efektu przydymionych oczu. 
Opis ze strony producenta:

"Pink Bambu Duet Fiber Large Tapered Blending - to szczoteczka, której kształt i włókna pozwalają idealnie rozetrzeć cień w zagnieceniach powieki jak i w kącikach oka. Pięknie wyciąga kolor cieni, jak również wspomaga makijaż typu smoky eye."


Bdellium Tools 787P

Włosie też jest bardzo mięciutkie i dzięki temu rozcieranie cieni, to naprawdę miła i przyjemna czynność podczas malowania :)
Główka jest wyjątkowo duża jak na tego typu pędzelek, ale pracuje się nim bardzo dobrze. Dla porównania poniżej przedstawiam zdjęcie wraz z dwoma innymi, moimi ulubionymi pędzlami do oczu.

Od lewej: Bdellium Tools 787P, Hakuro H74, MAC 217

Od lewej: Bdellium Tools 787P, Hakuro H74, MAC 217


Ogólnie jestem strasznie zadowolona z obu pędzelków. Moim zdaniem warte są swojej ceny, a fakt (powtórzę się, ale dla mnie jest to ważny element) że są "Cruelty-free" powoduje, że nie żałuję swojego zakupu. Wg mnie jakościowo mogły by konkurować z pędzlami Real Techniques.
Są to pędzle naprawdę bardzo dobrej jakości i polecam każdemu, kto się jeszcze waha. WARTO! 

Ocena: 5/5.

Nie mogłam dać innej, bo jak dla mnie te dwa pędzle nie mają żadnych wad :) Z pewnością kupię kolejne z tej kolekcji. Na mojej liście są już 708P oraz 540P.


środa, 8 stycznia 2014

MEGA rozdanie u Marti :)

   Witajcie kochani,
Dzisiaj mam dla Was super nowinę :) Marti, autorka bloga BEAUTYNESS ogłosiła rozdanie. Co można wygrać? Boską paletę z UD Naked3 :D 



Szczegóły odnośnie rozdania znajdziecie tutaj.
Polecam każdej maniaczce kosmetyków :) zarówno tak blog, jak i rozdanie :)
Marti jest kusicielką roku, wg mnie, zatem jak ktoś ma ochotę na wydanie trochę kasy na jakieś cudo, to gorąco polecam jej blog. Dzięki rzetelnym recenzjom można naprawdę skusić się na wiele, wartych uwagi cudeniek :)

PS. Trzymajcie za mnie kciuki :)

poniedziałek, 6 stycznia 2014

NARS kontra E.L.F.

   Witajcie kochane po raz drugi w Nowym Roku,
Ponieważ zakochałam się w kosmetykach z NARS'a, a szczególnie w ich osławionej Lagunie, więc postanowiłam poszukać dla Was tańszą alternatywę tego bronzera. Ja osobiście w tej chwili mam duo z NARS'a, które zawiera bronzer Laguna oraz róż Orgasm.

NARS Duo Orgasm i Laguna 

Lubię ten duet, więc często mi towarzyszy. 
Jakiś czas temu buszując po internecie znalazłam porównanie tego duetu do produktu z firmy E.L.F. Osobiście nigdy nie miałam nic z tej marki, więc postanowiłam zaryzykować i sprawdzić czy jest to faktycznie zamiennik mojego cudeńka :) Jest to róż i bronzer w kamieniu Studio Blush And Bronzer St. Lucia. Za duet ten zapłaciłam 19.90 zł i kupiłam go przez internet w Kosmetykomania.

E.L.F. Studio Blush And Bronzer St. Lucia


Samo opakowanie jest stylizowane na produkty z NARS'a. Też ma podobny kształt, jedynie faktura pudełka jest inna. Opakowanie tańszego produktu jest zwyczajnie plastikowe, śliskie. Plusem jest to, że łatwiej je doczyścić, jednak w dotyku jest mniej przyjemne. 

E.L.F. Studio Blush And Bronzer St. Lucia


Po otwarciu na pierwszy rzut oka widać ogromne podobieństwo do produktu z NARS'a. Stylizacja ta sama, choć kolory zdecydowanie się w opakowaniu różnią. 


E.L.F. Studio Blush And Bronzer St. Lucia

Zacznę od różu. Jest to jasny, mocno napigmentowany kolor z ogromna ilością drobinek, które są niestety bardzo widoczne. Starałam się je oddać na zdjęciu i wydaje mi się, że to widać. Poza tym różni się zdecydowanie kolorem. Orgasm jest bardziej koralowy ze złotą poświatą.

E.L.F. St. Lucia róż

Niestety mi się te drobinki nie podobają, ponieważ po nałożeniu na policzek są one mocno widoczne. E.L.F. niestety moim zdaniem z różem poległ, gdyż nie jest to ta tafla błyszczącego się złota, a mnóstwo widocznych drobinek.
Róż na moich policzkach utrzymuje się krótko, po około 4-6 godzinach nie zostaje nic z koloru, tylko same świecące się drobinki. Nie kupiłabym tego produktu ponownie.
Ocena 1/5.

Bronzer ma również drobinki, ale są one mniejsze i o wiele mniej widoczne.

E.L.F. St. Lucia bronzer

Bronzer zdecydowanie jest lepszy od różu. Trzyma się o wiele dłużej na twarzy, schodzi równomiernie i nie powoduje efektu kuli dyskotekowej, czego ja bardzo nie lubię. Jest dużo ciemniejszy od Laguny, więc trzeba uważać z aplikacją, gdyż łatwo z nim przesadzić. Za tą cenę jest to całkiem przyzwoity produkt.
Ogólna ocena 3,5/5.

E.L.F. Studio Blush And Bronzer St. Lucia

Porównując oba produkty, wygląda to mniej więcej tak:

Od lewej: E.L.F. St. Lucia, NARS Duo Orgasm i Laguna (wersja mini)

Na zdjęciu powyżej, do porównania użyłam mniejszej wersji duetu z NARS'a, którą mam z jednego z ostatnich kompletów kosmetyków z Sephory. 
Jak widać na zdjęciu są to zupełnie inne odcienie produktów, nawet na dłoni widać gołym okiem, że raczej marce E.L.F daleko do oryginału.

Od lewej: NARS Laguna, bronzer z E.L.F., róż z E.L.F., NARS Orgasm

Od lewej: NARS Laguna, bronzer z E.L.F., róż z E.L.F., NARS Orgasm

Jak dla mnie E.L.F. zdecydowanie nie jest zamiennikiem NARS'a w tym przypadku, gdyż kolorystyka jest po prostu inna. Poza tym jakoś produktu niestety na tle NARS'a wypada blado. 
Moja subiektywna ocena jest taka, że nie kupiłabym duetu z firmy E.L.F. po raz drugi, gdyż wolę wydać więcej kasy na coś lepszego niż na kilka przeciętnych produktów. Jeżeli natomiast ktoś nie chce aż tak bardzo nadszarpnąć swój budżet, to jest to produkt warty wypróbowania. 
A czy Wy macie jakieś, warte uwagi, zamienniki drogich produktów? Jeśli tak, napiszcie, może się na coś zdecyduję :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę udanej końcówki "długiego" weekendu :)