wtorek, 26 sierpnia 2014

Pierwsze spotkanie z Makeup Geek

   Witajcie kochani,
Ostatnio bardzo dużo dobrego czytałam na różnych blogach na temat produktów Marleny z Makeup Geek. Wiele dobrego mówi się o cieniach, które podobno jakością dorównują cieniom z MACa. Postanowiłam to sprawdzić na własnej skórze. Zamówiłam 10 cieni z oficjalnej strony i po dwóch tygodniach przesyłka była już u mnie. Rewelacyjnie zapakowana, nic nie miało się prawa pokruszyć. Cienie, które wybrałam wsadziłam do palety z Inglota (Freedom System). Całość prezentuje się tak:

Górny rząd: Rockstar, Homecoming, Creme Brulee, Chickadee, Shimmermint.
Dolny rząd: Cosmopolitan, Cupcake, Bitten, Cocoa Bear, Corrupt.


Górny rząd: Rockstar, Homecoming,
Dolny rząd: Cosmopolitan, Cupcake

Górny rząd: Rockstar, Homecoming, Creme Brulee, Chickadee
Dolny rząd: Cosmopolitan, Cupcake, Bitten, Cocoa Bear

Górny rząd: Creme Brulee, Chickadee, Shimmermint.
Dolny rząd: Bitten, Cocoa Bear, Corrupt.

Kolory faktycznie prezentują się rewelacyjnie. Samo dotykanie ich sprawia czystą przyjemność, bo mają delikatną konsystencję. Szeroki wybór kolorów sprawił mi nie lada wyzwanie, ale po przejrzeniu wielu swatchy zdecydowałam się na tą dziesiątkę i trafiłam idealnie.

Cienie mają niesamowitą pigmentację, już jedno delikatne maźnięcie wydobywa z nich cały kolor.

Od lewej: Rockstar, Homecoming, Creme Brulee, Chickadee, Shimmermint,
 Cosmopolitan, Cupcake, Bitten, Cocoa Bear, Corrupt.

Blendowanie i trwałość bardzo mnie zaskoczyły, oczywiście pozytywnie. Bez bazy wytrzymują na moich, całkiem niełatwych powiekach, cały dzień. Tak naprawdę, to po dwóch miesiącach używania stwierdzam, że nie mam im nic do zarzucenia. Jak dla mnie są rewelacyjną i bardzo mocną konkurencją dla cieni MAC. Szkoda tylko, że musimy się posiłkować zdjęciami w necie, bo osobiście uwielbiam robiąc zakupy, mieć możliwość pomacania danego cienia. Jednakże wiem na pewno, że na tej dziesiątce nie poprzestanę. 

A czy Wy miałyście już do czynienia z produktami Makeup Geek? Czy możecie coś polecić wartego uwagi?




niedziela, 17 sierpnia 2014

Makeup Revolution Blush & Contour Palette

Witajcie Kochani,
Dzisiaj chciałam Wam pokazać mój ostatni nabytek. Głośno się ostatnio zrobiło na blogosferze i youtubie na temat marki Makeup Revolution. Więc i ja postanowiłam spróbować i zobaczyć czy faktycznie jest o co tyle hałasu. 
Po dłuższych oględzinach ich stronki, zdecydowałam się na paletę róży. Wprawdzie w nazwie jest napisane, że jest to też paleta do konturowania, ale patrząc obiektywnie na kolory, to nie ma w tej paletce żadnego, który odważyłabym się użyć do konturowania. Do mojego koszyczka trafiła więc paleta w odcieniu Hot Spice.



Cena tej paletki to 6 funtów. Oczywiście, zamawiając ze strony Makeup Revolution musimy zapłacić jeszcze za przesyłkę, więc dobrze zrobić od razu zakupy, np. z koleżanką. Chociaż z tego co mi wiadomo, jest teraz letnia promocja i przesyłki międzynarodowe są za darmo :) Warto więc się skusić.

Paleta ma czarne, plastikowe opakowanie. Wydaje mi się, że nie przeżyła by upadku z większej wysokości. Jednakże wolę takie opakowania, niż te przezroczyste, które mają palety Iconic. 



Opakowanie jest błyszczące (nie wiem czemu na moich zdjęciach wygląda jakby było matowe).

Zawartość prezentuje się bardzo ładnie. W opakowaniu otrzymujemy 8 róży, 3 z drobinkami, 2 perłowe, które mogą posłużyć jako rozświetlacz oraz 3 zupełnie satynowe. 



Odcienie bardzo przypadły mi do gustu, bo ostatnio właśnie czegoś takiego szukałam. Same róże przy nakładaniu delikatnie się w opakowaniu osypują, ponieważ mają bardzo miękką teksturę. 
Nastawiona byłam bardzo sceptycznie do tej palety, jednak niepotrzebnie. Uważam, że za tą cenę dostajemy naprawdę bardzo dobrej jakości produkt. Malując się koło 6 rano, nadal pod wieczór róż pozostaje widoczny na swoim miejscu. Jest to produkt zdecydowanie mocno napigmentowany, przez co wystarczy odrobinka, aby nadać policzkom ładny wygląd. Dla niektórych może to być minus, bo łatwo sobie zrobić nimi krzywdę. Jednakże, dla osób, z lekką ręką będą idealne. 

Od lewej: górny rząd, następnie dolny (też od lewej)

Ogólna ocena produktu: 4/5.

Czy macie jakieś produkty tej marki, które polecacie?


sobota, 9 sierpnia 2014

Fantastyczna siódemka MAC

Witajcie,
Ostatnio coraz częściej przekonuję się do rożnych produktów MAC. Postanowiłam więc zrobić Wam post, w którym przedstawię kilka hitów, z którymi warto się zapoznać, bo są po prostu rewelacyjne. Będzie to 7 ulubionych (w ostatnim okresie) produktów.


1. Cień do powiek w kolorze Cranberry
Co tutaj dużo mówić, nic dodać, nic ująć. Kolor po prostu powala na kolana, na moich powiekach wygląda bajecznie, a ponieważ jestem właścicielką szaro-błękitnych oczu, to odcień ten wydobywa z mojego oka czysty błękit. Jestem po prostu zakochana w tym cieniu. Dodatkowym atutem jest fakt, że świetnie się go blenduje, dobrze nanosi na powiekę.




2. Konturówka do ust More To Love z kolekcji Pro Longwear
Kolor bajeczny. Taki totalnie mój. Konturówkę używam bardzo często na całe usta, nie potrzebuję wówczas szminki. Pamiętać jednak trzeba, że wysusza usta, więc bez dobrej pielęgnacji się nie obejdzie. Poza tym jest to absolutny "must have" dla każdej fanki fuksjowych ust.




3. MAC Pro Conceal and Correct Palette w odcieniu Light
Paleta korektorów zawierająca 6 odcieni: NC15, NW10, NC20, NW20, Pale Yellow, Pale Pink. Mała, poręczna paletka ze wszystkimi kolorami, których potrzebuję niezależnie od pory roku. Ciemniejsze odcienie używam teraz, jaśniejsze używam zimą i wczesną wiosną. Polowałam na tą paletkę kilka miesięcy zanim wpadła mi w ręce. A teraz nie mogę się z nią rozstać. Korektory idealnie kryją wszelkie moje niedoskonałości na twarzy, w okolicach nosa itp. Nie używam tej paletki pod oczy, gdyż jak dla mnie są za ciężkie na tą strefę twarzy.



4. MAC Pearlglide Intense Eye Liner
Mam obecnie 3, ale dwie z nich zawładnęły moim sercem w ostatnich miesiącach. Są to Black Line i Black Swan. Black Line jest pięknym zielonym odcieniem khaki, a tymczasem Black Swan ma odcień brudnego, metalicznego granatowego grafitu. Ciężko określić te kolory, bo są to zdecydowanie odcienie wielowymiarowe. Pięknie wyglądają na powiece, a aplikacja to czysta przyjemność. Jedynym minusem jest fakt, iż czasami pod koniec dnia część drobinek gdzieś mi po twarzy migruje. Ale jest to mało zauważalne.



Black Line

Od lewej: Black Line, Black Swan

Od lewej: Black Line, Black Swan


5. Pomadka Cremesheen Lipstick w kolorze Goddess od the Sea
Pomadka z kolekcji Alluring Aquatic . Jest to bardziej delikatny odcień o kremowym wykończeniu niż mój dotychczasowy ulubieniec w podobnym kolorze Rebel. Konsystencja jest jedwabiście kremowa, dzięki czemu nanoszenia pomadki na usta jest bardzo przyjemne. Z trwałością bywa różnie. Nie jest to szminka matowa, więc ma mniejszą trwałość, nie wytrzyma na ustach po zjedzeniu posiłku, ale równomiernie schodzi, co jest jej ogromnym plusem.





6. Pomadka Retro Matte w odcieniu Relentlessly Red
Absolutny 'must have' tego lata. Kolor piękny, ciepła delikatna czerwień z odrobiną różu. Kolor jest piękny, soczysty, idealny na lato. A fakt, że jest to mat powoduje, że trzyma nam się na ustach nieprzerwanie przez kilka godzin. Nie straszne jej wieczorne imprezki, popijanie koktajli a nawet drobne przekąski. Mogłabym dać tej pomadce laur najlepszej z najlepszych! :)




7. Bronzer Refined Golden z serii Alluring Aquatic
Latem jest to absolutny hit, gdyż idealnie współgra z moją cerą i mimo upałów wytrzymuje cały dzień na twarzy. Więcej o nim możecie przeczytać tutaj.




Mam nadzieję, że moje MACowe cudeńka również będą miały okazję do Was trafić, bo naprawdę są rewelacyjne i warte każdej wydanej złotówki. Pamiętajcie tylko, że nie odpowiadam za wyrządzone szkody w portfelach niektórych z Was, które udało mi się skusić na małe co nieco ;)


wtorek, 5 sierpnia 2014

Brązowo mi...

Witajcie,
Od dłuższego czasu nie wyobrażam sobie makijażu bez bronzera. Szczególnie teraz latem, kiedy moja twarz jest nieco jaśniejsza od reszty, dodatkowa odrobina brązowego cuda potrafi zdziałać naprawdę dużo. Jednocześnie wyrównać koloryt  skóry oraz nadać ślicznego blasku mojej skórze. Do tej pory faworytami w tej konkurencji był bronzer Laguna z NARS'a oraz bronzer z MAC'a z letniej kolekcji Pro Longwear (Sun Dipped). Niestety, ku mojemu nieszczęściu, bronzer nie przeżył upadku z dużej wysokości i potrzaskał się w drobny mak. To co udało mi się uratować wsadziłam do pojemniczka z siteczkiem, dzięki czemu zużyłam jeszcze trochę produktu. Jednakże spora część poszła do kosza. W taki oto sposób zaczęłam szukać zastępstwa i dorwałam w MAC'u, z kolekcji Alluring Aquatic, bronzer w odcieniu Refined Golden. 




Jest to piękny odcień z mieniącymi się drobinkami. W opakowaniu trochę te drobinki odstraszają, ale po nałożeniu na twarz tak jakby znikają i są prawie niewidoczne. Jednakże nie jest to produkt matowy, więc trzeba się spodziewać drobnego blink, blink. W inne pory roku pewnie bym się na niego nie zdecydowała, ale późną wiosną i latem wygląda na mojej lekko opalonej twarzy genialnie. 




Jeżeli chodzi o kolor, to jest to zdecydowanie ciepły odcień bronzera, powiedziałabym, że nawet lekko ceglasty. Ale na mojej oliwkowej karnacji sprawdza się wyśmienicie. 

W porównaniu z poprzednikiem Sun Dipped:

Od góry: Refined Golden, Sun Dipped


A tak wypada w porównaniu z Laguną:

Od góry: MAC Refined Golden, 
MAC Sun Dipped,
NARS Laguna


Trwałości nie mogę nic zarzucić, trzyma się cały dzień i o ile nie potrę twarzy kilkanaście razy w ciągu dnia, to schodzi dopiero wieczorem podczas zmywania makijażu. Świetnie się rozprowadza na twarzy, nie tworzy plam ani nieestetycznych smug. Jak dla mnie cudo, a zważywszy jeszcze że opakowanie jest po prostu genialne, to muszę dać mu maksymalną liczbę punktów.
Zatem dla mnie 5/5.


Zalety:
+ piękne opakowanie,
+ łatwość aplikacji,
+ delikatnie rozświetla,
+ wytrzymuje na twarzy cały dzień.

Wady:

- jak dla mnie brak, ale dla niektórych pewnie wadą może być odcień i lekkie drobinki.


sobota, 2 sierpnia 2014

Naked po raz kolejny

   Witajcie moi Kochani!
Ostatnio dużo się w moim życiu działo i stąd mała przerwa w pisaniu bloga. Na szczęście, już do Was wracam, bo bardzo się stęskniłam. I na początek pokażę Wam moje ostatnie cuda, które pokochałam od pierwszego dnia używania. 
Jak na fankę marki Urban Decay przystało, powinnam mieć wszystkie palety Naked. Jednak do tej pory nie miałam ani jedynki, ani Basics. Będąc na wakacjach w UK postanowiłam ten błąd szybciutko naprawić i zaopatrzyłam się w obie. Nie mogłam się im oprzeć :) 

Paleta Basics jest rewelacyjna gdyż zawiera sześć podstawowych cieni matowych i satynowych. Zero błyszczenia, zero brokatu. Zapewne docenią ją osoby, którym zależy na delikatnym dziennym makijażu. Dla mnie stała się ona podstawową paletką, którą wykorzystuję praktycznie przy każdym makijażu.

UD Naked Basics

UD Naked Basics

Cieniom tym nie można nic zarzucić, są po prostu rewelacyjne. Bardzo dobra pigmentacja oraz łatwość w blendowaniu powoduje, iż marka ta stała się moją ulubioną w zakresie produktów do oczu.

UD Naked Basics


Drugą paletką, obok której nie mogłam przejść obojętnie to Naked. Wg mnie jest to najlepsza paletka z całej trójki. Dlaczego? Pewnie dlatego, że z moją lekko oliwkową karnacją najlepiej wyglądam w ciepłych odcieniach. A ta paletka zdecydowanie wg mnie należy do paletek z gatunku "warm".

UD Naked

Ta paletka, jak z pewnością każda z Was wie, zawiera tylko 3 matowo- satynowe cienie. Reszta, to cienie połyskujące i z brokatem. Łatwość blendowania, pigmentacja, dobór odcieni, wszystko to przemawia na korzyść tej paletki. Jak dla mnie, był to nieco spóźniony zakup, ale jak najbardziej wart każdego funta :) Żałuję tylko, że tak późno się na nią zdecydowałam, bo teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia.

UD Naked

UD Naked

Podsumowując, są to jedne w dwóch najczęściej obecnie przeze mnie używanych palet. Polecam z czystym sumieniem każdemu, kto jeszcze nie ma ich w sowich zbiorach. 
W najbliższych dniach postaram się zrobić małe porównanie tej palety z odpowiednikiem z MUA. 

Pozdrawiam Was gorąco i do kolejnego! :)