piątek, 28 lutego 2014

UD Super-Saturated High Gloss Lip Color

   Witajcie Kochani,
Po dość długim obiecywaniu sobie, że pokaże Wam moje ulubione pomadki/ błyszczyki w kredce, w końcu przyszedł na nie czas i oto one.


Dwie z nich otrzymałam z paletami z limitowanej kolekcji Oz The Great and Powerful (o paletkach pisałam tutaj i  tutaj). Trzecią przygarnęłam z paletką UD Shattered Face Case (kilka słów o niej). 

Od przodu: Glinda, Theodora, Lovechild

Wszystkie zatem trzy kolory, które posiadam były dołączone do palet, a więc są z limitowanych kolekcji. Wprawdzie są to błyszczyki, ale zważywszy na pigmentację przypominają pomadki. Są przyjemne, kremowe i bardzo miło się nimi maluje usta. Dzięki temu, iż są w kredce nie musimy już nakładać konturówki, ponieważ aplikacja jest bardzo dokładna. 
Wg mnie są to naprawdę bardzo dobre produkty, ponieważ delikatnie nawilżają, nie wysuszają, nie podkreślają niedoskonałości ust, ani suchych skórek. 

W zależności od koloru mają różne wykończenia. Glinda i Theodora są bardzo błyszczące. Natomiast Lovechild jest bardziej satynowy. Nie jest to pełen mat, ale w ogóle się nie błyszczy. Dlatego też często mówię na nią pomadka, a nie błyszczyk :D

Od lewej: Lovechild, Theodora, Glinda

Co do trwałości, to nie mogę się przyczepić. Otóż, trzymają się bez zarzutu do pierwszego posiłku. Po jedzeniu bywa różnie. Glindy w ogóle nie widać, ale Lovechild trzyma się całkiem dobrze. Natomiast Theodora pozostawia na ustach czerwony odcień. 

Gdyby nie fakt, że pragnę wypróbować dziesiątki innych pomadek i błyszczyków, to zdecydowałabym się pewnie na inne kolory.

Ogólna ocena: 5/5.


sobota, 22 lutego 2014

SKINFOOD Peach Sake Silky Finish Powder

   Witajcie Kochani,
Ostatnio obiecałam, że napiszę Wam o pudrze, który jeszcze w zeszłym roku skradł moje serce (oczywiście zanim poznałam puder z NARS'a). Jest to produkt marki Sin Food, czyli puder Peach Sake Silky Finish. 


Sama nazwa zwróciła moją uwagę, no bo jednak nakładać coś co zawiera Sake na twarz jeszcze mi się nie zdarzyło :)


Co do składu, to nie wiem nawet czy jest coś, do czego wypadało by się przyczepić, bo niestety "znaczki" są dla mnie totalnie czarną magią :D Jednakże zdecydowałam się zaryzykować po przeczytaniu paru naprawdę pozytywnych opinii na kilku anglojęzycznych blogach :)


Opakowanie bardzo przypadło mi do gustu, widać tutaj, iż producent do każdego elementu przyłożył się i zaprojektował naprawdę przyjemny dla oka produkt. Opakowanie jest na dole plastikowe, a od góry tekturowe wraz z małą dziurką tak, aby puder "oddychał".
W opakowaniu mamy 15 gram produktu, czyli jak na mój gust bardzo dużo, bo puder jest niesamowicie wydajny.

Po otwarciu strasznie spodobał mi się fakt, iż załączono puszek, który uniemożliwia wydostanie się zawartości na zewnątrz. Czemu inne marki nie biorą z tego przykładu?


Zapach, który wydobywa się po otwarciu, jest bardzo delikatny i przyjemny. W ogóle mi nie przeszkadza. 
Puder jest w postaci bardzo drobno zielonego proszku, białego a jednocześnie transparentnego. 


Uważać jednak trzeba by nie nałożyć na twarz za dużo, bo ma lekkie właściwości bielące. Poza tym jednak nie dostrzegam w nim wad. Naprawdę bardzo dobrze matuje, pozostawia twarz cały dzień zmatowioną i delikatnie ujednoliconą. Ja mam skórę suchą, więc rzadko się święcę, ale moja koleżanka, która ma cerę mieszaną, też go używała i również potwierdza utrzymywanie się matu prawie cały dzień. Nie wiem jak się zachowa na cerze tłustej. 


Zatem moja ocena to 4/5. 

Czy mieliście jakieś produkty Skin Food? Polecacie?


Urban Decay The Glinda Palette

   Ponieważ wiosna się zbliża dużymi krokami, postanowiłam przedstawić Wam moją ulubioną wiosenną paletę cieni, po którą sięgałam zeszłej wiosny non stop :) 


Mowa tutaj o edycji limitowanej marki Urban Decay z okazji premiery filmu  Oz The Great And Powerful. Światło dzienne ujrzały wówczas dwie palety: The Glinda i The Theodora. O tej drugiej pisałam tutaj. Teraz przyszedł czas na opisanie pierwszej z nich :)

The Glinda Palette zawiera, podobnie jak poprzednia paletka, szminkę w kredce w kolorze Glinda oraz kredkę do oczu (24/7 glide - on eye pencil) w odcieniu ciemnego fioletu Rockstar.
Zestaw zawiera 6 x 1,5 g cieni do powiek w kolorach:
- Tornado (żywy połyskujący fiolet) - jeden z moich faworytów, piękny, ciemny fiolet,
- Aura (podwójny: jasnoniebieski odcień i różowawy odcień) - CUDNY! Mój ulubiony cień, absolutny faworyt :)
- Magic (różowo-purpurowy ze złotym połyskiem) - bardzo ładny, delikatny różowy cień,
- Illusion (satynowa brzoskwinia),
- Oz (połyskujący złoty i połyskujący srebrny) - boski podwójny cień, który nadaje bardzo duży połysk, wręcz metaliczny, ale niestety obsypuje się najmocniej,
- South (ciepły jasnoszary połyskujący brokatem) - cień przyjemny, taki ziemisto-szary z drobinkami.

Góra (od lewej): Tornado, Aura, Magic.
Dół (od lewej): Illusion, Oz, South.

Wszystkie cienie mają piękne i bardzo intensywne kolory, bardzo mocno napigmentowane. Blendują się bez najmniejszych oporów. Trwałość też jest rewelacyjna, nawet bez bazy wytrzymują na mojej powiece cały, długi dzień. 

Poniżej zdjęcie, które zrobiłam nie stosując żadnej bazy, po jednokrotnym maźnięciu palcem po powierzchni cienia.

Góra (od lewej): Tornado, Aura, Magic.
Dół (od lewej): Illusion, Oz, South.


Góra (od lewej): Tornado, Aura, Magic.
Dół (od lewej): Illusion, Oz, South.

Jedyny cień, którego nie widać, to Illusion. Dzieje się tak, ponieważ ma on identyczny odcień jak skóra na mojej ręce :( Ale na powiece, to już inna bajka. Tam idealnie spisuje się na łuku brwiowym :)

Ogólna ocena: 5/5.

Mam nadzieję, że w ten sposób przekonałam Was do cieni z UD :) A czy Wy macie jakieś paletki tej firm? Jesteście z nich zadowolone?


niedziela, 16 lutego 2014

Zoeva po raz pierwszy :)

   Ostatnio, za sprawą Kosmetycznej Hedonistki, zapragnęłam posiadać pędzle Zoeva :) Jej recenzje były tak pozytywne, że postanowiłam zaopatrzyć się w komplet pędzli tej niemieckiej firmy. A ponieważ często jeżdżę, potrzebuję mieć jeden komplet, który szybko wrzucę do torby, bez zastanawiania się czy mam wszystko co będę potrzebować podczas podróży. I w ten sposób w moje ręce trafił Rose Golden Luxury Set


Zakupu dokonałam na stronie Zoeva. Paczuszka przyszła do mnie kurierem bardzo szybko. W sobotę dokonałam zakupy, a w środę cieszyłam się już pędzlami w domu :) Opakowanie, w które zapakowana była przesyłka było starannie zamknięte. 

W komplecie Rose Golden Luxury Set dostajemy ładną, brązową kosmetyczkę ze złotymi zamkami, dodatkowe opakowanie w postaci woreczka (również brązowego) oraz 8 pędzli do twarzy oraz oczu.


Wszystkie pędzelki zamknięte były w foliach ochronnych, a większe miały jeszcze dodatkowe folie na trzonku w celu zabezpieczenia włosia. Trzonki tych pędzli są krótsze niż trzonki pędzli Hakuro i to mi bardzo odpowiada, ponieważ dobrze trzyma się je w rękach. 



Jakość wykonania pędzli jej bez zarzutu. Wszystkie trzonki są brązowe, a łączenie pomiędzy trzonkiem a włosiem przypomina złoto. Wszystko wygląda bardzo "bogato". Czuje się taki powiew luksusu :)

W skład zestawu wchodzą następujące pędzle:

106/ Powder


Największy pędzel, przeznaczony do aplikacji wszystkich kosmetyków prasowanych, sypkich czy w kamieniu. Używam go do pudru i sprawdza się w tym temacie rewelacyjnie. Jest mniejszy niż pędzel do pudru z RT, ale dzięki temu dobrze się aplikuje puder na całej twarzy.


102/ Silk Finish


Pędzel do aplikacji pudrów i podkładów w postaci płynnej. Ja osobiście używam go do aplikacji podkładu mineralnego. Jest w tym niezastąpiony i wyparł w tej konkurencji mojego dotychczasowego faworyta z Hakuro H55. 


127/ Luxe Sheer Cheek


Pędzel przeznaczony do konturowania, brązerów, róży czy rozświetlaczy. Jest mega mięciutki, zresztą jak większość pędzli w tym komplecie. Ja używam go przede wszystkim do nakładania różu. 


110/ Face Shape


Pędzel do konturowania twarzy. Do tego został przeznaczony i do tego ja go właśnie używam. Rewelacyjnie nakłada się nim brązer w odpowiednie partie twarzy, gdyż nie jest za duży. Rozcieranie nim brązera jest również bardzo przyjemne. 


227/ Luxe Soft Definer



Pędzel przeznaczony do rozcierania cieni, mieszania, aplikacji w załamaniu powieki. Dla mnie jest to genialny zamiennik MAC'owskiego 217. Spełnia te same funkcje co sławetny pędzel 217. 


231/ Petit Crease



Pędzelek przeznaczony do rozcierania, ale bardziej dokładniejszego, gdyż kształt ma bardziej zaokrąglony. Ja używam go do dokładniejszego rozcerania cieni w zewnętrznym kąciku, nakładania cienia w  wewnętrznym kąciku lub rozcierania na dolnej powiece. 


142/ Concealer Buffer


Pędzel przeznaczony do aplikacji korektora, pudru i rozświetlacza w okolice oka. Ja osobiście wolę używać palców do korektora, więc tym pędzlem rozcierałam jasne cienie na powiece :) I też sprawdził się w tym bardzo dobrze. Pędzel ten ma wyjątkowo grubą rączkę, jak na pędzel z raczej małą główką, ale dzięki temu pewnie trzyma się w dłoni.


317/ Wing Liner


Pędzelek przeznaczony głównie do aplikacji eyelinera i sprawdza się w tym rewelacyjnie. Jest odpowiednio twardy, ale nie za bardzo. Dzięki czemu aplikacja żelowego eyelinera jest wyjątkowo przyjemna. 


Ogólnie pędzle używam dopiero tydzień i nie mogę powiedzieć jak będą się spisywały za rok, ale pierwsze wrażenia mam same pozytywne. 
W związku z tym nie mogę dać oceny innej niż szóstka :) (haha, wiem że w mojej punktacji jest tylko maksymalnie 5 pkt. ale tutaj zrobię wyjątek).


Bardzo polubiłam wszystkie pędzle z tego zestawu i wiem, że na tych ośmiu się nie skończy. Nawet mój pies był nimi zachwycony i cały czas je obwąchiwał :) Na szczęście nie ukradł żadnego :D




sobota, 15 lutego 2014

Naked 3 po raz pierwszy

   Ostatnio brałam udział w rozdaniu na blogu u Marti, który miałam przyjemność wygrać :) Dzięki Marti otrzymałam boską paletkę Naked 3 marki Urban Decay. Pewnie nikomu nie muszę przedstawiać palet z serii Naked w szczegółach, ponieważ na blogosferze cieszą się niesłabnącą sławą. Zresztą nie ma się co dziwić, bo cienie z Urban Decay należą do moich ulubieńców już od dłuższego czasu :)

W tym tygodniu paczuszka z wygraną do mnie dotarła, cała i zdrowa i oto co zastałam w środku.


Po rozpakowaniu koperty moim oczom ukazała się piękna kartka od Marti (dziękuję kochana :*) ze specjalną dedykacją tylko dla mnie, paletka Naked 3 oraz dodatkowa niespodzianka :) Mydełko z Organique Białe Jabłko :) Mydełko jest rewelacyjne, pachnie po prostu obłędnie :)


Prezent bardzo mnie ucieszył i po ciężkim tygodniu dodatkowo osłodził mi kolejne dni. Obiecuję niedługo zrobić szczegółowy post z dokładnym opisem paletki, którą już dzisiaj zaczęłam testować i jestem po prostu oczarowana :)


Cienie są niesamowite, mają cudne kolory i jak na Urban przystało, miażdżą konkurencję swoją pigmentacją :) Ale o tym innym razem. 
Życzę miłego wieczoru i udanego weekendu. Pozdrawiam! :)


Inglot - idealny mat (szminka 412)

   Witajcie Kochani,
Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić moim ostatnim cudem, które po wielu miesiącach udało mi się odnaleźć. 


Od dłuższego czasu polowałam na szminkę, idealnie matową, ciemną, lekko bordową, ale też nie za ciemną. Ciężko to określić, o co mi konkretnie chodzi, więc pokazuję Wam szminkę z Inglota, która właśnie moje oczekiwania spełnia w 100%.


Oczywiście, przy tak intensywnych kolorach, nie wyobrażam sobie aby mogło zabraknąć konturówki. Może osoby z większą wprawą albo umiejętnościami by jej nie potrzebowały, ale ja muszę najpierw nadać "poprawny" kształt moim ustom i tylko konturówką jestem w stanie to zrobić. Poza tym, przy ciemnych kolorach, szminki o wiele lepiej się trzymają i nie wylewają poza kontur ust, gdy są obrysowane konturówką. 


Po wielu miesiącach, ku mojej wielkiej radości, stałam się posiadaczką matowej szminki 412 oraz konturówki w numerze 61. 


Pomadka jest matowa, więc trzeba dobrze przygotować usta przed jej nałożeniem, bo zauważyłam, że lubi ona podkreślać suche skórki. 
Jak spisuje się ten duet? Niezaprzeczalnie bosko. Na ustach trzyma się rewelacyjnie, nie daje żadnych prześwitów, jest totalnie matowo, czyli tak jak chciałam :) Dobrze się nakłada, jak na szminkę matową. Wiadomo, że trzeba mieć na uwadze fakt, że kremowe pomadki łatwiej się aplikuje niż matowe. Ale ta nie sprawia mi przy nałożeniu żadnych problemów. Konturówka ułatwia zadanie, bo nie wyjeżdżam poza jej kontur (co mi się często zdarza ;)). Na ustach utrzymuje się około 4 - 5 godzin bez poprawek. Schodzi ładnie, nie plamami, ale delikatnie i równomiernie. Oczywiście nie wytrzymuje nienaruszona kontaktu z posiłkiem. Po obiedzie trzeba poprawić, ale nie jest to niekomfortowe schodzenie tylko delikatne ścieranie się z całej powierzchni ust, bardzo równomiernie. Więc nie musimy się obawiać, że przy posiłku będziemy wyglądać źle. Poza tym jest mocno napigmentowana i nawet po obiedzie mamy ciemno czerwone usta. 

Tak się prezentuje zaraz po nałożeniu.


Ogólnie jestem bardzo zadowolona. Do tej pory z Inglota miałam tylko pomadki jasne i byłam z nich umiarkowanie zadowolona. Teraz zaryzykowałam i się opłaciło :)

Ocena: 5/5.


NARS Portobello

   Markę NARS pokochałam całym swoim sercem już jakiś czas temu. Ostatnio zamówiłam z ich strony m.in. cienie Portobello, gdyż brakowało mi w mojej kolekcji właśnie takich dwóch neutralnych odcieni, które będą pasowały do każdego makijażu. Myślałam wstępnie o innym duecie, ale po pozytywnych recenzjach Essie Button wiedziałam, że to właśnie na tą dwójkę czekałam.



Opakowanie jest standardowe jak na tą markę. Cienie dostajemy w pięknym, czarny, takim lekko aksamitnym opakowaniu. Bardzo lubię te opakowania, mimo iż strasznie się brudzą i regularnie trzeba je czyścić. 




W środku znajdują się dwa, bardzo podobne do siebie cienie (w sumie 4 gramy). Oba brązy, dość jasne, ale jeden jest bardziej cieplejszy, a drugi wpada w tonację chłodną. Cienie te, wg mnie, są matowo - satynowe. Nie mają w sobie żadnego połysku, ani odrobiny brokatu.




Cienie wyglądają bardzo podobnie, jednakże ta różnica w tonacji jest dobrze widoczna na powiece.



Jeżeli chodzi o jakość cieni, to mam małe zastrzeżenie. Są mocno napigmentowane, bardzo dobrze się z nimi pracuje. Blendowanie nie sprawia żadnych problemów. Jednakże, aby wytrzymały na powiekach w nienaruszonym stanie przez 16 godzin, konieczna jest baza. Gdy pierwszy raz nałożyłam je bez bazy, zauważyłam pod koniec dnia, iż cienie nieco wyblakły. Nie dzieje się to, gdy mamy bazę na powiekach. Wówczas wszystko trzyma się idealnie. Poza tą jedną wadą cienie spisują się bardzo dobrze. Uważam, że jakościowo są zdecydowanie lepsze niż matowe cienie firmy MAC.

Ocena: 4/5.

Są to moje pierwsze cienie z NARS'a i na pewno nie ostatnie, ponieważ chciałabym wypróbować jakieś mocniejsze kolory. A czy Wy mieliście już cienie z NARS'a? Możecie mi jakieś polecić?

sobota, 8 lutego 2014

Sleek zamiennikiem Orgasmu???

   Witajcie,
Do tego postu zbierałam się już od dłuższego czasu, ale jakoś nie było mi po drodze. W końcu postanowiłam wsiąść się w garść i napisać parę słów o różu marki Sleek 926 Rose Gold, który pretenduje do stania się zamiennikiem sławetnego różu z NARS'a. 

Zacznę więc od początku. Opakowanie jest stylizowane na produkty marki NARS. Jednakże, jest to zwykły, czarny plastik. Nie jest to zdecydowanie takie satynowe wykończenie jak w przypadku Orgasmu. 



W opakowaniu znajduje się 8 gram produktu, a więc o wiele więcej niż w przypadku NARS'a. Jednakże róż ze Sleek'a przy nakładaniu na pędzel bardzo się prószy naokoło. Dodatkowo nie jest to tak zbita formuła, jak w przypadku Orgasmu, więc szybciej produkt zużywamy. 

Sleek, Rose Gold

Kolor w opakowaniu jest bardzo ładny. Faktycznie, porównując go w opakowaniu do Orgasmu różnica jest bardzo mała. Można by pomyśleć, że na policzku też nie będzie widać różnicy. 

NARS, Orgasm i Laguna

Okazuje się, że różnica jest i to dość spora. NARS ma bardzo delikatną, złotą poświatę, która na policzku daje taflę, a nie drobinki. W przypadku Sleek'a te złoto jest bardziej nachalne, mocniej widoczne. Wprawdzie nie są to duże drobinki, ale nie jest to też taka subtelna tafla jak w przypadku Orgasmu.
Poniżej swatche w porównaniu z moim ulubionym różem z Givenchy Le Prisme 22 Vintage Pink.

Od lewej: Givenchy Le Prisme 22 Vintage Pink, Sleek 926 Rose Gold

Od lewej: Givenchy Le Prisme 22 Vintage Pink, Sleek 926 Rose Gold

Na dolnym zdjęciu bardzo dobrze widać te złoto w różu Sleek. Poniżej porównanie trzech róży.

Od lewej: NARS Orgasm, Givenchy 22 Vintage Pink, Sleek 926 Rose Gold

Od lewej: NARS Orgasm, Givenchy 22 Vintage Pink, Sleek 926 Rose Gold

Jak widać różnica w kolorze jest dość konkretna. Po pierwsze, tak jak wspomniałam wcześniej, róż ze Sleeka ma bardziej widoczną złotą poświatę. Dodatkowo róż ten jest bardziej różowy, gdy tymczasem Orgasm bardziej przypomina odcieniem koralowe róże. 

A jak się spisuje sam róż? Szczerze mówiąc średnio. Najbardziej denerwuje mnie w nim te nachalne złoto i fakt, że się bardzo mocno prószy podczas nakładania. Wszystko naokoło mam brudne. Poza tym trwałość też nie powala na kolana. Ja już po ośmiu godzinach zauważyłam na policzkach tylko złote drobinki. Róż znikł. Wprawdzie Sleek kosztował mnie około 6 razy mniej niż NARS, ale mimo to mnie nie przekonał. Obecnie leży w szafce i czeka na kogoś, kto się z nim polubi bardziej.


sobota, 1 lutego 2014

Ulubieńcy stycznia 2014

   Witajcie Kochane,
Najdłuższy miesiąc roku właśnie się skończył. Oczywiście, nie mam na myśli najdłuższego pod kątem ilości dni, ale pod względem najdłużej ciągnących się dni :) Nie wiem jak Wam, ale dla mnie ten miesiąc zawsze ciągnie się najdłużej w całym roku...

Dzisiejszy post poświęcam zatem produktom, bez których nie wyobrażam sobie stycznia :) A wiec przechodzę szybko do rzeczy.



1. Skin79 Snail Nutrition BB Cream
Ponieważ lubię bardzo delikatne krycie, więc kremy BB są jak najbardziej dla mnie. Osobiście jestem wielką fanką azjatyckich kremów BB, a Snail nie ma sobie równych. Bardzo delikatnie kryje, wygładza cerę, powoduje, ze moje pory są praktycznie niewidoczne, a przy tym dobrze nawilża. Cudo :)

2. Clarins Beauty Flash Balm
Świetna baza dla osób cierpiących, tak jak ja, na poszarzałą cerę i wieczne "niewyspanie". Jest to idealny produkt, gdy czujemy, że nasza skóra potrzebuje zastrzyku energii. Wyrównuje koloryt, napina skórę, wygładza, delikatnie rozświetla. Taka energia w tubce. Dla mnie produkt rewelacyjny :)

3. Douglas Beauty System - More Than Moisture Shiny Lip-Balm
Ponieważ zimą moje usta często są spierzchnięte, więc potrzebują dobrego traktowania. Dlatego też nie mogło zabraknąć czegoś, co nawilży je i ochroni przed mrozami.

4. MAC Fix+
Co tutaj dużo pisać. Po prostu produkt, który uwielbiam :) A ponieważ skończył się mój spray z Mario Badescu, to przerzuciłam się na MAC i jestem zadowolona. Mojej suchej skórze daje odrobinę odżywienia w ciągu dnia. Dzięki niemu cienie sypkie dobrze rozprowadza mi się na powiece :)

5. MAC Mineralize Skinfinish Soft and Gentle
Rozświetlacz idealny. A pełen opis znajduje się tutaj.

6. MUA paletka Undressed
Ponieważ jestem cieniomaniaczką, więc cieni też nie mogło zabraknąć. W tym miesiącu najczęściej sięgałam po tą właśnie paletkę. Postaram się w najbliższym czasie zrobić post z dokładnym opisem tej paletki, bo naprawdę warto się jej przyjrzeć :)

7. Pojedynczy cień z EM Shopping Spree
Średnio lubię cienie sypkie, ponieważ mam zdolności do rozsypywania ich gdzie popadnie, ale ten w połączeniu z Fix+ idealnie się rozprowadza na powiece. Jakość cienia jest bez zarzutu. Wytrzymuje cały dzień na powiece, nie kruszy się, nie odbija i ma cudny kolor, bardzo podobny do pigmentu MAC Blue Brown.

8. Flormar Deluxe Cashmere Lipstick Stylo w kolorze DC26
Pisałam o niej tutaj. Ma rewelacyjny kolor, idealny jak dla mnie na tą porę roku.

9. Catrice Kohl Kajal w kolorze 160 I Have A Green!
Z Catrice posiadam tylko trzy produkty, ale ta kredka w tym miesięcu sprawdzała się rewelacyjnie. Używałam ją głównie jako bazy pod cień z EM, aby bardziej podbić kolor. Oczywiście, w tym celu jest dobra, bo nie polecam stosowania jej jako kredka na dolną powiekę. Dlaczego? Szybko schodzi i robi brzydką obwódkę pod okiem.

10. MUFE Aqua Liner (wodoodporny) w kolorze 3
Jest to jeden z dwóch najlepszych eyelinerów, jakie miałam okazję używać w całym swoim życiu. Wybór kolorów jest niesamowity, a końcówka eyelinera po prostu boska! :) Nakłada się go na powiekę ekspresowo i naprawdę bardzo łatwo. Na dodatek trwałość to jakaś magia, potrafi zostać na swoim miejscu nawet jak się przez przypadek potrze oko. Ostatnio nawet pomalowałam się koło godziny 4 rano i bez najmniejszych poprawek, gdy spojrzałam w lustro 22 godziny później (tak, była druga w nocy) eyeliner wyglądał jak zaraz po nałożeniu. Nie popękał, nie przemieścił się. Jak dla mnie produkt rewelacyjny!

11. Essie w odcieniu Aperitif
Lakiery z Essie są rewelacyjne i zaraz po China Glaze lubię je najbardziej. W tym miesiącu moje serce skradły czerwienie, a Aperitif najczęściej gościł na moich paznokciach z racji pięknego odcienia soczystej czerwieni, trwałości oraz blasku na paznokciach. 

12. NARS Light Reflecting Setting Powder - Pressed
Nie będę się o tym produkcie rozpisywać, ponieważ pisałam o nim tutaj. Jak dla mnie najlepszy puder wszech czasów :)

Macie swoich ulubieńców? A może jakiś, z Waszych ulubionych produktów, znalazł się w tym zestawieniu?